Logo Kultura Paryska 21 lutego 2017
TEMATY
„Polska jest jak kazańska sierota, której nie ma komu wykupić z niewoli"
Andrzej Stanisław Kowalczyk
Fragment książki “Od Bukaresztu do Laffitów. Jerzego Giedroycia rzeczpospolita epistolarna” wyd. Pogranicze. Sejny 2006 r. Publikujemy za zgodą Autora.
 
Jerzy Stempowski, najstarszy z grona bliskich współpracowników Giedroycia, studiował w czasie I wojny światowej, ale w czasie dwudziestolecia nie zadomowił się w żadnym określonym zawodzie. Zalety jego eseistyki czynią zeń jednego z najciekawszych pisarzy polskich XX wieku, ale nie poświęcił się literaturze bez reszty. Przez kilka lat parał się dziennikarstwem, był korespondentem Polskiej Agencji Telegraficznej w Berlinie i w Genewie przy Lidze Narodów, ale zajęcie to nie dawało mu satysfakcji, niemniej przez całe życie interesował się bieżącymi wydarzeniami i systematycznie czytał prasę w kilku językach, czego liczne dowody znajdujemy w korespondencji. Stempowski jest autorem błyskotliwych tekstów publicystycznych, ale pisywał je sporadycznie. Świetnie rozpoczętą po zamachu majowym karierę we władzach najwyższych państwa pisarz sam przerwał, zdegustowany coraz większą arogancją piłsudczyków, coraz głupszymi ich poczynaniami. Wiosną 1929 roku złożył dymisję wobec bezowocności „wszelkich wysiłków dążących do zatrzymania rozpędzonej do katastrofy maszyny”. „Nie wiedziałem, z czego będę żył - napisał później w liście do Krystyny Marek - i dwa miesiące spędziłem u brata na wsi wołyńskiej, w stanie wahającym się między prostracją i euforią, siedząc w opuszczonym starym sadzie przy ognisku, w dymie odpędzającym muchy i komary. Przy tym ognisku napisałem esej o Panu Jowialskim, czyli Piłsudskim” (“Pan Jowialski i jego spadkobiercy” ukazał się w roku 1931).
W drugiej połowie lat trzydziestych Stempowski wykładał w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej w Warszawie. Jak świadczą jego studenci, i w tym osiągnął mistrzostwo. Mówił świetnie wieloma językami, jego erudycja, nie tylko w dziedzinie humanistyki, zdała się nie mieć granic. Znajdował wspólny język z autorami książek i analfabetami, przyjaźnił się z Lwem Szestowem w Paryżu i z gazdami huculskimi w Czarnohorze. Z łatwością rozpoznawał pokost powierzchownego wykształcenia, które nie konfrontowało człowieka z najważniejszymi kwestiami życia, nie sprzyjało budowaniu twórczej postawy wobec tradycji.
Kiedy Stempowski zerwał z obozem sanacji, dwudziestotrzyletni Jerzy Giedroyc podejmował właśnie pracę referenta prasowego i parlamentarnego w Ministerstwie Rolnictwa, aktywnie działał w organizacji akademickiej Myśl Mocarstwowa opowiadającej się za silnym, scentralizowanym państwem prowadzącym aktywną właśnie mocarstwową - politykę zagraniczną. W latach trzydziestych Stempowski i Giedroyc są na politycznych antypodach: pierwszy pogardza autorytaryzmem sanacji, szukającej już zresztą porozumienia z nacjonalistami, zamykającej przywódców opozycji w więzieniu, gdzie są torturowani, drugi w silnej władzy wykonawczej upatruje szansę wewnętrznego wzmocnienia Polski i zdobycia przez nią pozycji międzynarodowej; pierwszy staje się radykalnym krytykiem poczynań obozu majowego, drugi, postulując pewne korekty ustrojowe, zasadniczo akceptuje system, godzi się na represje przeciw malkontentom, których działania grożą destabilizacją państwa, pochwala aneksję Zaolzia, nie tylko wydaje pismo, lecz i angażuje się w politykę, starając się zapewnić swoim współpracownikom mandaty poselskie w najbliższej kadencji Sejmu. „Kochany panie Wacławie - zwracał się Stempowski do Zbyszewskiego na kilka dni przed śmiercią Marszałka - czy pan sobie wyobraża, że my się dowiemy o śmierci Dziadka-Piłsudskiego z gazet? Nie, kochany panie, my się o śmierci Dziadka-Piłsudskiego dowiemy, gdy zobaczymy, że lud wiesza pułkowników na latarniach Warszawy”. Nisko eseista wyceniał rządy sanacji. Giedroyc uważał ją za system w ówczesnych warunkach dla Polski właściwy, bynajmniej nie za zło konieczne. Krytykował elementy tego systemu, ale należał do elity sanacyjnego reżimu i własną przyszłość polityczną z nim wiązał. Obaj interesowali się kwestią ukraińską, ale dla Giedroycia była ona wewnętrzną sprawą państwa polskiego, irredentę ukraińską postrzegał on jako poważne zagrożenie, w zjednaniu Ukraińców przez przyznanie im szerokiej autonomii widział warunek uładzenia sytuacji społecznej w Galicji Wschodniej i na Wołyniu. Sojusz polsko-ukraiński wzmacniał pozycję Rzeczpospolitej wobec Rosji Sowieckiej, którą Giedroyc uważał za głównego wroga Polski. Był Giedroyc, oczywiście, również zafascynowany kulturą i historią Ukrainy, ale najważniejsza była dlań perspektywa polityczna, prawdziwi przyjaciele - uważał - powinni przede wszystkim doprowadzić do rozwiązania szeregu konkretnych spraw, co umożliwi prawdziwe pojednanie. U Stempowskiego, pozbawionego jakichkolwiek ambicji i zdolności politycznych (ale bystrego obserwatora sceny politycznej), najważniejsze były momenty emocjonalne, Ukraina, zwłaszcza naddniestrzańska, była dla niego bliższą ojczyzną: „Polacy, opuszczając Ukrainę w zamęcie wojny i rewolucji, nie zdążyli się z nią pożegnać. Nie wszyscy być może rozstali się z nią zupełnie. W chwilach roztargnienia wydaje mi się, że wciąż jeszcze czuję południową ciszę leżącą na stokach basztanów, że słyszę szmer dębów na ukraińskich lewadach. Przypuszczam, że w podobny sposób musi to odczuwać Józef Łobodowski”. Stempowski już w dwudziestoleciu międzywojennym kwestię ziem wschodnich Rzeczpospolitej uważał za zamkniętą, Polska utraciła je bezpowrotnie, korekta granic państwowych, która prędzej czy później nadejdzie, będzie tylko tego formalnym dopełnieniem. Kresy znikły z wyobraźni politycznej Polaków, nie potrafią oni już w żaden sposób uzasadnić swojej obecności nad Dniestrem i Czeremoszem, nad Prypecią i Smotryczem, nie mają nic do powiedzenia ludom zamieszkującym Międzymorze. Postawę taką Giedroyc nazwałby fatalizmem, wierzył, że można znaleźć zadowalający obie strony kompromis. O ile w sprawach ukraińskich redaktor „Buntu Młodych” i Stempowski w niejednym by się może zgodzili, o tyle kwestia żydowska całkowicie by ich poróżniła. Eseista bowiem odrzucał nacjonalistyczną tezę o zasadniczej obcości, nawet wrogości Żydów w Polsce, a przejawy antysemityzmu budziły w nim pogardę. Giedroyc potępiał antyżydowskie ekscesy, ale był zdania, że Żydzi, którzy nie zgodzą się na asymilację, powinni emigrować z Polski do Palestyny. W programie politycznym grupy „Polityki” z roku 1938 mowa była o konieczności obrony polskich interesów narodowych przed „gospodarczym oraz kulturalnym zalewem żydostwa”, które jest niezdolne do lojalności obywatelskiej w godzinie próby. Tak więc dwie bardzo liczne mniejszości narodowe Rzeczpospolitej mierzył Giedroyc przed wojną różną miarą. Doświadczenia II wojny światowej i Zagłada narodu żydowskiego w Europie skłoniły Giedroycia do rewizji poglądów, a „Kultura” stanowczo występowała przeciw rasizmowi i wszelkim formom dyskryminacji.
Eseista i redaktor „Buntu Młodych”, potem „Polityki”, nie żyli w Warszawie w osobnych światach, Giedroyc znał w Ministerstwie Rolnictwa ojca Jerzego, Stanisława Stempowskiego, który pracował jako bibliotekarz (nb. spotkał tam Marię Dąbrowską), i pozostawał - jak wielu - pod jego urokiem. Człowiekiem bliskim zarówno Giedroyciowi, jak Stempowskiemu był Dymitr Fiłosofow, emigrant rosyjski, pisarz i krytyk, który wydawał w Warszawie gazetę „Za swobodu”, założoną jeszcze przez Borysa Sawinkowa w roku 1920. Fiłosofow prowadził klub literacki pod Puszkinowską nazwą Domik w Kołomnie, gromadzący Polaków i Rosjan. Zdaje się, że u Fiłosofowa lub na spotkaniu klubowym Giedroyc poznał w latach trzydziestych Józefa Czapskiego. Miejscem, gdzie eseista i Redaktor mogli się spotkać, była Czarnohora, Giedroycia fascynowała karpacka przyroda i kultura Hucułów, Stempowski odbywał wielodniowe wędrówki po połoninach, rozmawiał z góralami, prowadził badania etnograficzne, reminiscencje i anegdoty z tych wypraw rozsiane są po jego esejach, listach i dziennikach podróży. Kultura górali karpackich odegrała ważną rolę w krytyce cywilizacji nowoczesnej, do której eseista wracał w swoich utworach. Wspólnym znajomym z tamtych czasów był Stanisław Vincenz. Mimo wspólnoty kręgów towarzyskich i zainteresowań Stempowski i Giedroyc w Warszawie nigdy się nie spotkali, a gdyby do takiego spotkania doszło, nie wywarłoby ono na nich obu większego wrażenia. Pasje polityczne Giedroycia, a zwłaszcza jego przynależność do obozu majowego, byłyby dla Stempowskiego niezrozumiałe, redaktora „Buntu Młodych” raziłby na pewno u pisarza brak zrozumienia dla racji stanu, odmowa myślenia w kategoriach państwowych, przywiązanie do kryterium estetycznego, dystans wobec nowoczesności, a więc pewien konserwatyzm. Mogli się spotkać, porozumieć i w jakimś sensie zaprzyjaźnić dopiero wtedy, gdy świat, do którego należeli, zniknął z powierzchni ziemi, gdy obaj stali się emigrantami, zmuszonymi do stworzenia własnego życia od nowa.
We wrześniu 1939 roku decyzję o opuszczeniu Polski podjął Stempowski niechętnie, dopiero w obliczu najazdu sowieckiego. Z Czarnohory, gdzie zastał go wybuch wojny, najchętniej wróciłby do Warszawy, ale wiedział, że jego nazwisko widnieje na listach proskrypcyjnych gestapo. 18 września przekroczył granicę polsko-węgierską na Przełęczy Tatarskiej, towarzyszył mu Stanisław Vincenz, który opisał ten exodus w „Dialogach z Sowietami”. W Polsce zostawił chorą przyjaciółkę, panią Ludwikę Rettingerową, która niebawem zmarła w Słobodzie Rungurskiej. W kwietniu 1940 roku Stempowski dotarł do Berna. W dzienniku zanotował myśli, jakie zapewne często go wówczas nawiedzały: ”jestem odcięty od wszelkiej przyszłości i mam przed sobą jedynie to nieznośne napięcie, jakie towarzyszy zbliżaniu się do ostatniej granicy tego, co ludzkie”.
Stempowski nie odczuwał potrzeby systematycznego publikowania, jak Mieroszewski, nie marzył o sławie, jak Gombrowicz, nie miał bezmiernych ambicji Miłosza, z uporem i rozmachem budującego swoją pozycję wielkiego pisarza. Jest prawdopodobne, że gdyby nie Giedroyc, bibliografia dzieł Stempowskiego po roku 1945 liczyłaby tylko kilka pozycji. Niemal wszystko, co Hostowiec napisał po wojnie, przeznaczone było dla „Kultury”. Nieoczekiwanie pewnie dla samego siebie stał się jednym z najważniejszych jej autorów, choć wcale wiele nie publikował. Swoje teksty opatrywał nadtytułem: Notatnik niespiesznego przechodnia, sugerującym niechęć do formy zamkniętej, rezygnację z dążenia do doskonałości (co nie przeszkodziło pojawieniu się w Notatniku utworów znakomitych). Stempowski nie prowadził dziennika, skupiającego się, z natury rzeczy, na postaci diarysty, manifestującego - jak u Gombrowicza - w niezliczonych ujęciach metamorfozy autorskiego ,,ja”, lecz notatnik, formę bardziej fragmentaryczną, w założeniu skromniejszą, pisanie towarzyszące obserwacji i rozmyślaniom. Nie pociągał go egocentryzm, ani Gombrowiczowski, traktujący świat jak scenę dla autokreacji artysty, ani Herlingowy, intelektualny, czujny, wciąż wypracowujący postawy i stanowiska. Fragmenty z dziennika opisywały świat przygotowujący się na przyjście boga-Gombrowicza, Dziennik pisany nocą ukazywał rzeczywistość przed trybunałem sumienia i rozumu. Nieśpiesznego przechodnia Stempowskiego przed pokusą egocentryzmu broni poczucie samotności. Literatura od niego nie uwalnia, ale może pomóc nawiązać rozmowę. Uczestnictwo Hostowca we wspólnocie „Kultury” nie było interesowne, jako autor nie traktował pisma jako miejsca objawienia własnego geniuszu, jako współpracownik Jerzego Giedroycia nie zamierzał kontaktu z nim wykorzystywać instrumentalnie. Myślę, że pod tym względem Stempowski zajmuje miejsce na antypodach Gombrowicza, a blisko Andrzeja Bobkowskiego czy Stanisława Vincenza. Zresztą Hostowiec nie wierzył, by literatura mogła zapewniać jakieś doraźne pożytki, utwory pisane z taką intencją na pewno są złe. W pewnych warunkach (dyktatura, brak wolności słowa i ekspresji artystycznej) literatura może zyskać znaczenie polityczne, ale pisanie interwencyjne, względnie popularyzujące program czy ideę, jest skazane na niepowodzenie. Stempowski nigdy - poza okresem młodości - nie czynił literatury głównym sensem swojego życia, narzędziem zdobycia prestiżu, nie aspirował do sławy jak Gombrowicz, do miejsca w narodowym panteonie jak Miłosz czy Herling-Grudziński, do rządu dusz jak Mieroszewski, pisał tylko to, na co miał ochotę. Przypuszczam, że jednak nie mógłby żyć bez czernienia papieru, jak mawiał, ale nigdy się do tego nie przyznał, chętnie natomiast zaznaczał swój dystans do twórczości literackiej: „Z wczesnego zapoznania się z mechanizmem pisania i druku wyniosłem przekonanie, że nie ma żadnej obiektywnej potrzeby pomnażania olbrzymiej produkcji słowa drukowanego”.
Przez lata wojenne, śledząc bieg spraw na kontynencie, Stempowski przyzwyczajał się do myśli o emigracji. Gdy inni, biorąc marzenia za rzeczywistość, wierzyli, że klęska Niemiec i osłabienie Sowietów pozwoli im wrócić do kraju, a może nawet wznowić egzystencję nagle przerwaną we wrześniu 1939 roku, eseista wiedział, że emigracja to nie incydent, przykry bądź heroiczny epizod, lecz wydarzenie odmieniające życie radykalnie i trwale. Wychodźcy polityczni, począwszy od francuskich rojalistów po rewolucji 1789 roku, na Rosjanach skończywszy, nie wracali. Kto opuszcza kraj w godzinie klęski, udaje się w podróż bez powrotu. W liście do Krystyny Marek z 1941 roku pisał, że najmądrzejszą rzeczą jest może zacząć na nowo. „I ja bym też tak zrobił, gdybym był o kilka lat młodszy i mniej obciążony pamięcią. Teraz mogę wystartować tylko do kariery pasiecznika w Kanadzie lub Brazylii i to już nie jest takie pilne”. W pewnym sensie pisarz, podejmując współpracę z „Kulturą”, zaczął od nowa. Dziś jego eseistykę z dwudziestolecia czytamy przez pryzmat twórczości powojennej, choć pierwsza nie ustępuje wcale drugiej, ale wielki Stempowski stworzony został przez Hostowca. Zdaje się, że pisarz na emigracji nie mógł postąpić inaczej, jak tylko poszukiwać nowego języka czy nawet nowej tożsamości. Gest buntu był zbędny, radykalne zerwanie ciągłości już się dokonało, niezależnie od woli artysty.
W końcu 1945 roku skontaktował się ze Stempowskim mjr Józef Czapski, który z polecenia gen. Andersa zaproponował eseiście wyprawę do Austrii i zachodnich stref okupacyjnych Niemiec. Miał nawiązać kontakty z emigrantami ukraińskimi, co zresztą było kontynuacją jednego z wątków jego roboty w Akcji Kontynentalnej. Wyprawa w sensie politycznym nie mogła być niczym więcej niż rekonesansem, ale zainspirowała jeden z najlepszych utworów Stempowskiego - Dziennik podróży do Austrii i Niemiec, który w 1946 roku ukazał się nakładem Instytutu Literackiego w Rzymie. Tak rozpoczęła się trwająca prawie ćwierć wieku współpraca Hostowca z Jerzym Giedroyciem, współpraca i korespondencja, bo eseista pisał nie tylko dla „Kultury”, pisał również dla Redaktora. W przypadku Stempowskiego listy nie są czymś innym niż utwory przeznaczone do druku, jak to jest w przypadku Jeleńskiego, Gombrowicza czy Miłosza, listy Stempowskiego tworzą równorzędne, autonomiczne dzieło.
Niebawem Hostowiec przedsięwziął kolejne wyprawy: do Włoch i powtórnie do Niemiec, odwiedził Paryż i Maisons-Laffitte. Los Europy, zdegradowanej do roli przedmiotu w sporze dwóch światowych mocarstw, pogodzonej z własną słabością, gotowej niemal do przyjęcia komunizmu, skłaniał do pesymizmu, budził zwątpienie w przyszłość. Stany Zjednoczone wydawały się niezdolne do sprostania totalitarnemu przeciwnikowi ani w dyplomacji, ani na polu bitwy; Amerykanie nie potrafili nawet zdyskontować broni jądrowej, której do połowy 1948 roku byli jedynymi dysponentami. Ponury klimat lat czterdziestych deprymował Stempowskiego, nie poczuwał się do solidarności ze współczesnymi Europejczykami, zwłaszcza zachodnimi, bardziej go smucił los dziedzictwa: „budynki, obrazy, rzeźby, pejzaże uformowane rękami starych rolników-artystów; wszystko to będzie nie do zastąpienia. Chiny już znikły, jeżeli zniknie Europa, dla globu naszego zacznie się długi okres barbarzyństwa i cywilizacji termitów, bez dnia wczorajszego i bez jutra”. Co dawało eseiście siłę i dystans, to poczucie przynależności do Europy Wschodniej. Stempowski, czasami postrzegany jako kosmopolita, doskonały znawca cywilizacji Zachodu, był dumny ze wschodnioeuropejskiego dziedzictwa, choć jednocześnie przekonany był o kulturalnej jedności Europy, o tym, że żadna jej część nie może normalnie się rozwijać bez drugiej. Ten rodzaj patriotyzmu europejskiego, zapomniany dawno na Zachodzie, przetrwał w świadomości inteligencji wschodniej i w pamięci Kościoła katolickiego. Dzięki Giedroyciowi i wielu autorom, od Mieroszewskiego po Józefa Mackiewicza, „Kultura” od początku traktowała jedność europejską jako prawdę oczywistą. Stan ducha Europejczyków w latach czterdziestych oceniał Stempowski nisko. O ile na Wschodzie, pod rządami totalitarnymi, wobec nagiej przemocy i rozmaitych form nacisku, walczono o wartości elementarne, płacąc często bardzo wysoką cenę, o tyle intelektualiści Zachodu samowiednie przyjęli zniewolenie komunistyczne: „Rola Greków, jaką Europejczycy mogliby grać w jakimś światowym imperium amerykańskim czy sowieckim, została zaprzepaszczona przez wszystkich tych Merleau-Ponty, Wallonów, Haldanów etc., podskakujących, podszczekujących i odszczekujących, gotowych do przyjęcia każdej religii mogącej dać w mordę. Grecy tak się nie zachowywali”. Zresztą Hostowiec wątpił wówczas w możliwość porozumienia pisarzy pozostających na emigracji z czytelnikami krajowymi, którym nie potrafił wytłumaczyć postawy „człowieka palącego fajkę na tonącym okręcie Europy Zachodniej, dla której żadnego ratunku na razie nie widzę, a której mimo to nie porzucam”. Toteż na wieść o wznowieniu „Kultury” w Paryżu, nie omieszkał dać wyrazu swemu sceptycyzmowi: „Radziłem już Giedroyciowi i Czapskiemu - pisał do Krystyny Marek 15 lutego 1948 roku - aby zmienili tytuł swego czasopisma na mniej pretensjonalny i bardziej dostosowany do jego sytuacji i możliwości. Sugerowałem im różne tytuły, wesołe i ponure: Listy na Berdyczów, Orzeł i Reszka, Dzwonek Ostrobramski, Popiół i Dym, Otchłań pod naszymi stopami, Gerwazy i Protazy, Fik Mik, Gdzie Rzym, gdzie Krym?, Kąkole i topole, Każdy dudek ma swój czubek, Przed sklepem Szafnagla, Kołomyja nie pomyją, Augusta i Kapusta, Szlus na Bryńskiej itd. Widzę jednak, że zostali na swoim”. W drugim zaś numerze „Kultury” ogłosił ironiczny felieton pt. Najlepsze recepty na przegranie wojny z Unią Sowiecką. Uwadze strategów Nowego Świata. Ale już w kolejnym zeszycie pisma zamieścił esej O współczesnej formacji humanistycznej, poświęcony inteligencji i jej roli w społeczeństwie nowoczesnym. Pozytywistyczny postulat oddzielenia poznania od wartościowania przyniósł zbyt wiele szkód i inteligencja nie może być mu dłużej posłuszna, „lud laboratoryjny” - powiada Hostowiec - powstrzymując się od wypowiadania sądów wartościujących, nie zajął stanowiska wobec najważniejszych zagadnień naszego czasu. Próby przenoszenia na grunt humanistyki postawy laboranta ignorującego wymiar etyczny prowadzą do rozczarowań i głębokich omyłek. Na tę drogę weszli badacze literatury fabrykujący „setki tomów modnych analiz techniczno-literackich, wzorowanych na ekspertyzach laboratoryjnych”, jałowych i nudnych. Stempowski widział więc intelektualistę w roli klerka, którego powołaniem jest bezinteresowna służba uniwersalnym wartościom duchowym, wierność prawdzie, sprawiedliwości, rozumowi. Klerk wystrzega się zaangażowania politycznego, prowadzącego do relatywizmu, do instrumentalnego traktowania ludzi i idei. Klerka nie można zwerbować do żadnej partii, nie można go kupić za pieniądze ani zaszczyty. Nie rości pretensji do rządzenia światem i zmieniania go, to rola ludzi czynu, on musi stać z boku i przypominać, że w zmiennej i plastycznej rzeczywistości są trwałe, potwierdzone przez wieki tradycji idealne punkty odniesienia, których nie wolno podporządkowywać temu, co historyczne, partykularne, praktyczne. Uwydatniał to, co zbliża, co może się przyczynić do tworzenia ogólnoludzkiej solidarności. Nie niwelując różnic, nie tłumiąc wielogłosowości kultury, winniśmy, według Hostowca, gasić nienawiść, sprzyjać zawsze kompromisowi, jeżeli tylko jest możliwy, unikać stosowania przemocy, czynić pokój. Postawa Stempowskiego bliska była projektowi, który po I wojnie światowej sformułował Julien Benda i wyłożył w słynnej książce La trahison des clercs (1927). Hostowcowi obca była jednak egzaltacja i duch apostolski Bendy, nie miał poczucia, że jest depozytariuszem jedynie słusznej prawdy, starał się być wierny projektowi życiowemu, który uważał za słuszny i niepozbawiony społecznego sensu.
Powierzchownie sądząc, autor taki dla pisma emigracyjnego, które aspirowało do roli forum debaty politycznej, pisma rzucającego wyzwanie totalitaryzmowi komunistycznemu, powinien być raczej kłopotliwy. Sceptycyzm Stempowskiego, jego wybredność, niechęć do zapisywania literatury na służbę nawet szlachetnej sprawy każdego redaktora pisma walczącego mogły przyprawiać o irytację. Giedroyc jednak wysoko cenił Hostowca jako pisarza, uważał np., że jest on najlepszym z publikujących w „Kulturze” stylistą, bardzo chętnie go drukował, nie odrzucił ani jednego tekstu eseisty, a zdarzało się to przecież nawet Gombrowiczowi. W Autobiografii... napisał, że był bardzo do Stempowskiego przywiązany, a - jak wiemy - Redaktor uczuciem tym nie szafował.
Stempowski, przeciwieństwo Mieroszewskiego, był ostrożny i krytyczny, kwestionował często taktykę Redaktora, zwłaszcza we wczesnych latach pięćdziesiątych. Londyńczyk z entuzjazmem podjął współpracę z „Kulturą”, słusznie widząc w niej ratunek dla siebie. Związał się z Giedroyciem, od początku wierząc w jego gwiazdę - jeżeli nie polityka, to na pewno znakomitego redaktora. Hostowiec z czasem nabierał zaufania do Giedroycia, doceniał rolę pisma i całego Instytutu Literackiego, choć nigdy nie zaangażował się w jego prace w takim stopniu jak Czapski czy Herling-Grudziński, nie mówiąc już o Londyńczyku. Osobność postawy Stempowskiego wynikała, jak sądzę, z przekonania o nieuniknionym fiasku aktywności politycznej wychodźców. Zachód, w praktyce Anglicy i Amerykanie, nie mieli im nic do zaoferowania. Przepowiadając, że emigranci wschodnioeuropejscy będą w przypadku wojny przez obie strony traktowani wrogo, Hostowiec powoływał się na przykład antyfaszystowskich emigrantów niemieckich, którzy byli ścigani i zamykani w obozach przez aliantów. Powtórzyłoby się to teraz: „Na Zachodzie obchodzono się z nami tak źle, że obecnie nikt nie rozumie, w jaki sposób mogliśmy oprzeć się propozycjom tajnej współpracy z NKWD. Złagodzić te podejrzenia możemy tylko zachowując pewną rezerwę”. Miesiąc wcześniej, w grudniowej „Kulturze” ukazał się esej Stempowskiego Monsieur Chlewaski, którego bohaterem jest tajemniczy korespondent Paul Louis Couriera, pan Klewański, erudyta, znawca kultury starożytnej, żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku w Tuluzie. W tak burzliwej epoce pan Klewański stronił od polityki, „ambicją jego było - czytamy w eseju - korzystając ze wszystkich uprawnień do veritable vie de l'esprit - przejść przez życie jak życzliwy i dobroczynny cień i potem zniknąć bez śladu”. Stempowski nie zamierzał naśladować Klewańskiego, ale zapewne imponowała mu jego konsekwencja w bronieniu swego prawa do egzystencji osobnej.
Jeżeli zaś chodzi o sprzymierzeńców czy protektorów, to Hostowiec przypominał Redaktorowi, że „Kultura” ma w kraju kredyt zaufania tak długo, jak długo pozostanie niezależna, zresztą Amerykanie zabiegają o jej współpracę tylko dlatego, że uchodzi za samodzielną, z chwilą, kiedy zwiąże się z nimi, zacznie tracić autorytet i wkrótce stanie się bezużyteczna: »Kultura« zostałaby w ciągu kilku miesięcy zgrana do nitki i wyrzucona na śmietnik”. Redaktor doskonale ten mechanizm rozumiał i nie zamierzał stać się jego ofiarą, niemniej nie mógł manifestować aloofness, jak mu radził autor Esejów dla Kassandry.
Spór jednak dotyczył sprawy ważniejszej niż wiązanie się czy niewiązanie się pisma z amerykańskim protektorem. Na Półwyspie Koreańskim toczyła się wojna, która lada chwila mogła przemienić się w globalny konflikt. Przed emigrantami stanęło pytanie o bieżącą taktykę. Pamięć Teheranu i Jałty, skwapliwej zgody aliantów na wasalizację Polski przez Sowiety, kazała zachować rezerwę, czekać na jednoznaczne postanowienia Amerykanów. Głośna stała się sprawa Tadeusza Wyrwy, byłego żołnierza Armii Krajowej, zamieszkałego od 1949 roku w Stanach Zjednoczonych, który odmówił stawienia się przed komisją poborową, a tym samym udziału w wojnie w Korei, powołując się na zdradę, jakiej dopuścili się wobec Polski zachodni alianci. Giedroyc zamieścił polemiczny artykuł Zbigniewa Chałki z Chicago, który stwierdził, że każdy Polak jest za granicą ambasadorem Polski i że on wezwania do wojska by nie odrzucił: „nie odmówię służenia w tej armii, która kiedyś niewątpliwie uderzy w Sowiety”.
W ślad za tym artykułem ukazał się tekst Mieroszewskiego, który rozwiał wszystkie wątpliwości co do stanowiska „Kultury”: nie ma obecnie innej polskiej racji stanu jak tylko walka przeciw Sowietom wszędzie i w każdej formie; każdy, kto walczy przeciw Moskwie jest sojusznikiem Polaków bez względu na to, czy uznaje Rząd w Londynie, czy nie, czy gwarantuje granice na Odrze i Nysie, czy nie. Akcja niepodległościowa jest pustym sloganem, jeżeli nie oznacza „walki przeciw jedynemu naszemu ciemięzcy i okupantowi, tj. Rosji”. Toteż w razie wybuchu wojny konieczna jest odbudowa Polskich Sił Zbrojnych. Nie po to zostaliśmy na emigracji, by deklarować neutralność. Artykuł Londyńczyka był polemiką z artykułem Zygmunta Nowakowskiego w „Wiadomościach” zalecającym właśnie aloofness. Jednym z zastrzeżeń podnoszonych przez pisarza było to, że Polacy w szeregach aliantów będą musieli walczyć o wolne i zjednoczone Niemcy. Nie mamy powodu - replikował Mieroszewski - bić się o wolne Niemcy, ale nikt na świecie nie ma więcej powodów, by walczyć o oswobodzenie Polski i krajów europejskich okupowanych przez Sowiety, walczyć „nawet ramię w ramię z Niemcami”.
Hostowiec na artykuł Chałki odpowiedział humoreską w stylu ramotek Augusta Wilkońskiego, pt. Nowe przypisy do instrukcji dla samoczynnych ambasadorów, wykpiwającą pomysł bezwarunkowego udziału emigrantów w wojnie z Sowietami. Po ukazaniu się Listu z Wyspy Mieroszewskiego Stempowski określił jego wystąpienie jako nietaktowne. Według Hostowca, Londyńczyk z góry godził się na wszystko, z nową okupacją niemiecką Polski włącznie. Zresztą nie wiadomo, skąd mieliby się ci żołnierze Armii Polskiej rekrutować, skoro Anglicy rozproszyli ich po całym świecie, a ci, którzy nie opuścili Europy, zostali zepchnięci do roli robotników trzeciej klasy. Być może niejeden z emigrantów zaciągnie się do wojska, ale na pewno nie z motywów patriotycznych, i raczej będzie się starał dekować niż rwać na pierwszą linię. „Dorabianie do tego muzyki w rodzaju »marsza Mieroszewskiego« może niejeden wziąć za obrazę, za szyderstwo z jego okropnego położenia”. Stanowiska Giedroycia i Stempowskiego okazały się więc całkowicie rozbieżne. Dla Hostowca nie była to tylko kontrowersja polityczna. Jak widzieliśmy, uznał propozycje Redaktora i Londyńczyka za niedorzeczne, a nawet obraźliwe. W cytowanym liście oznajmił, że nie zamierza się więcej zajmować polityką: „Patrząc, jak wygłupiają się inni, myślę, że w tej chwili milczenie jest dla emigracji najsilniejszą pozycją, jeżeli chodzi o politykę bieżącą”. Była to, wiele na to wskazuje, zawoalowana rezygnacja z bliższej współpracy. Istotnie, w kwietniu 1951 roku Stempowski donosi Giedroyciowi, że w najbliższym czasie zatrudni się gdzieś, bo wreszcie po dziesięciu latach otrzymał droit d'etablissement z nieograniczonym prawem pracy. Skądinąd wiemy, że pisarz wyczerpał oszczędności i stałe zarobkowanie było koniecznością. „Ponieważ pisywanie w dni świąteczne nie prowadzi do niczego, liczę się z tym, że porzucę pisanie na dłuższy czas, jeżeli nie na zawsze. Proszę nie uważać tego za dezercję. Po prostu rzeczy dotoczyły się do tego miejsca i nie widzę na to żadnej rady”. Trudno, oczywiście, rozstrzygnąć, w jakiej mierze konieczność zarobkowania uniemożliwiła Stempowskiemu pisanie w ogóle, a w jakiej stanowisko Giedroycia/Mieroszewskiego skłoniło eseistę do zaniechania współpracy z „Kulturą”. Hostowiec zrezygnował z wyjazdu do Niemiec w celu zbadania możliwości publikacji niemieckiego numeru „Kultury” (w końcu pojechał, ale prace nad zeszytem niemieckim pisma nie postąpiły), nie kwapił się też z pisaniem dziennika podróży, na który Giedroyc bardzo liczył. Dał znać, że podczas najbliższego pobytu w Paryżu nie będzie mieszkał w „Kulturze”, lecz u przyjaciela w pobliżu Place de l'Etoile. Ponadto napisał do Redaktora bardzo niemiły list, obwiniając go, zresztą niesłusznie, o zdekonspirowanie pseudonimu „Paweł Hostowiec”. Osłabło tempo korespondencji. Na pewno zrobiło na Stempowskim wielkie wrażenie pojawienie się w majowej „Kulturze” Czesława Miłosza, którego od kilku lat uważał za najwybitniejszego pisarza średniego pokolenia. Nie tak wysoko ocenił Gombrowicza. Niemniej, niechętne nastawienie Hostowca do Redaktora trwało. Nie szczędził mu drobnych złośliwości. Kiedy ten zaproponował pisarzowi pracę w organizowanej właśnie przez amerykański Komitet Wolnej Europy uczelni dla młodych emigrantów zza żelaznej kurtyny, uczelni, którą Redaktor sam wymyślił i do której rozwoju przywiązywał wielką wagę, Stempowski odpowiedział, że woli pracę w warsztacie rzemieślniczym, „mniej sklerotyczną i zdrowszą dla systemu nerwowego”. Kiedy Giedroyc ponowił propozycję, eseista odpowiedział, że nade wszystko pragnie utrzymać niezależność polityczną, jej utratę będzie traktował jako coś ostatecznego, równoznacznego ze śmiercią. Przewidywał też poważne kłopoty ze skompletowaniem kadry wykładowców, „chyba że profesorów Free Europę zacznie sprowadzać z Polski, gdzie zostały najlepsze siły naukowe”.
Szukając środków utrzymania, Stempowski zaczął pracować w warsztacie produkującym szczotki szlifierskie, który prowadziła jego gospodyni. Niestety, wkrótce zapadła na chorobę psychiczną i cała kombinacja zawiodła. W sierpniu 1951 roku Stempowski począł tłumaczyć dla ambasady hiszpańskiej w Bernie, dawało mu to więcej pieniędzy, ale wciąż nie umożliwiało pisania. Donosząc Giedroyciowi po raz kolejny o opóźnieniu dziennika podróży do Niemiec, nie omieszkał dodać, że praca zarobkowa, jakkolwiek przykra i wyjaławiająca, jest następstwem decyzji utrzymania pozycji niezależnego pisarza: „Wydaje się jednak, że żadna cena nie jest tu za wysoka”. Jesienią 1951 roku Stempowski na prośbę Giedroycia podpisał list „Kultury” w obronie Czesława Miłosza, atakowanego przez część emigracji, w tym „Wiadomości”.
W styczniu 1952 roku zmarł ojciec pisarza, Stanisław Stempowski. Więź Jerzego z ojcem była bardzo silna, sądził on też - zapewne słusznie - że jemu zawdzięcza swoją formację duchową. W lutym korespondencja z Giedroyciem ożywiła się, w końcu tego miesiąca eseista zaproponował Redaktorowi wydanie antologii utworów klasycznych traktujących o emigracji i emigrantach. Giedroyc powitał tę propozycję z entuzjazmem. Antologii Stempowski nigdy nie opracował. ale jej pomysł, powracający w listach, pomógł ocieplić stosunki między eseistą a Redaktorem. Niemniej, pisarz w „Kulturze” nie drukował. Wreszcie Giedroyc napisał wprost, że czytelnicy domagają się Hostowca i wysuwają przypuszczenia, że zerwał on z pismem. Ponowił też zaproszenie do Maisons-Laffitte. Usiłował też zainteresować Stempowskiego esejem E.M. Ciorana o kondycji pisarza na emigracji. Eseista z niesmakiem odrzucił propozycję - „wystąpienie Ciorana jest natury czysto chuligańskiej [.. ] Nie wiem, co można na to odpowiedzieć. Na takie rzeczy zazwyczaj nic się nie mówi, aby nie dawać powodu chuliganom do rzucenia na dokładkę cegły”. Nawet taki respons nie zraził Giedroycia, który nie kapitulował, jeżeli mu na kimś zależało. Natychmiast wysłał Hostowcowi dwa zbiory aforyzmów Ciorana, które go ukazały od lepszej strony; na kanwie lektury tych książek powstanie znakomity esej Rubis d'Orient.
Wiosną 1952 roku Stempowski znów przestał pisać. Po roku Giedroyc starał się odnowić korespondencję: „Mam ciągłe interpelacje czytelników domagających się Hostowca i wysuwających logiczne przypuszczenia, że zerwał Pan z »Kulturą«”. Sytuacja stała się poważna i interweniował Czapski. Odpowiadając mu, Stempowski pisał o nieporozumieniu, jakie zakradło się w jego stosunki z przyjacielem i z Redaktorem. Zapewne miał na myśli pogłoski o zerwaniu z „Kulturą”. Powtórzył więc, że od dwóch lat musi zarabiać na utrzymanie, a „beznadziejnie nudne” zajęcie nie pozwala mu skupić się na pisaniu. Narzekał na jałowość szwajcarskiego środowiska intelektualnego, zdawkowość kontaktów z ludźmi parającymi się pisaniem: „są to ludzie mierni, posłuszni, których słowa i myśli nie mają żadnego znaczenia i nie zasługują na uwagę”. Być może ta wzmianka o literatach szwajcarskich jest kolejnym przypomnieniem, że według Hostowca nie warto pisać za wszelką cenę, że twórca, który złożył ofiarę ze swej niezależności, nie ma nic swoim czytelnikom do powiedzenia, bo jego słowo traci wagę. Niemniej, w przypadku Stempowskiego niezależność intelektualna do niczego nie prowadziła, bo nędza zmusiła go do przyjęcia warunków podyktowanych przez społeczeństwo. Nie widział przed sobą żadnych perspektyw i przewidywał koniec swojej działalności literackiej. Prosił Czapskiego, aby już go nie nakłaniać do pisania: „wobec tych pytań - jak wobec raka czy innej nieuleczalnej choroby — każdy jest zupełnie sam. Nikt mu pomóc nie może. Musi sam znaleźć w sobie siłę oporu - pychę czy pokorę - pozwalającą znieść ostatnią część swej mizernej egzystencji”. Zdaje się jednak, że Stempowski radził sobie z kryzysem, bo w miesiąc po liście do Czapskiego napisał w końcu do Giedroycia, tym razem przyjacielsko. Wspomniał na początku, tytułem usprawiedliwienia, że przez przeszło rok cierpiał na melancholię i nikomu nie odpowiadał na listy: „nie chcę się tym tłumaczyć wobec Pana, którego kocham i szanuję”. List utrzymany był w przyjacielskim tonie i świadczył o zainteresowaniu eseisty „Kulturą”. W ślad za listem przyszła karta pocztowa, podpisana przez Stempowskiego i Janinę Kościałkowską, z wyrazami szacunku i przyjaźni: „Po dokładnym omówieniu różnych aspektów Pańskiej osoby doszliśmy do tak wielkiego zachwytu, że w końcu zabrakło nam stosownych słów”. Nie była to jednak zapowiedź jakiegoś przełomu, przez następne pół roku korespondencja pozostała jednostronna, pisał w różnych sprawach Redaktor bez odzewu ze strony eseisty. Wybrał się z listem dopiero w styczniu 1954 roku, żeby zaprotestować przeciw obraźliwym sformułowaniom, jakie znalazł w drukowanym w „Kulturze” fragmencie dziennika ambasadora Michała Sokolnickiego. Autor nazwał kilku polityków litewskich z okresu dwudziestolecia bardzo dosadnymi określeniami w rodzaju: „agent moskiewski”, „parszywiec i łgarz”, „typy przedajne i do głębi przewrotne”. Dwóch z wymienionych działaczy przebywało na emigracji i Stempowski ich znał. Wystosował oficjalny zasadniczy list do redakcji, Giedroyc nie kwapił się go drukować, ale spotkał się z taką determinacją autora, który przewidywał najgorsze konsekwencje, od skandalu międzynarodowego poczynając, na procesie o zniewagę kończąc, że dał za wygraną. Tym bardziej że w tym samym liście Hostowiec zapowiadał „spory rękopis”, Notatnik niespiesznego przechodnia, oraz obiecywał artykuł o języku słownika sowieckiego. Wyglądało na to, że eseista wrócił do czernienia papieru i zaczął myśleć o „Kulturze” nie tylko jako o piśmie do czytania. Cierpliwość Giedroycia została nagrodzona.
Ożywienie Hostowca mogło mieć jeszcze jedną przyczynę: Redaktor donosił mu o nawiązaniu licznych kontaktów z bibliotekami krajowymi, którym zaczął wysyłać kosztowne książki artystyczne, naukowe, historyczne. Wcześniej, jesienią 1953 roku, pisał o tym, że wysyła do Polski paczki osobom pozbawionym z powodów politycznych środków do życia, w tym redakcji „Tygodnika Powszechnego”, który został przez komunistów zamknięty wiosną 1953 roku. Stempowski od początku swego pobytu za granicą był wyczulony na relacje emigracji z krajem. Obawiał się, że wychodźstwo straci kontakt z Polską, a pogłębiający się rozbrat uważał za klęskę emigracji i utratę przez nią racji bytu. Oponował przeciw potępianiu w czambuł Polaków krajowych i obciążaniu ich wyłączną odpowiedzialnością za sowietyzację Polski. Z uwagą śledził wypadki w kraju, nie żywił żadnych złudzeń co do komunizmu, który dobrze jeszcze poznał w jego fazie bolszewickiej, ale uważał, że sytuacja Polski - trudniejsza niż położenie innych państw zwasalizowanych przez Związek Sowiecki - może nawet jeszcze się pogorszyć, np. przez utratę świeżo nabytych ziem zachodnich i północnych. Zdawał się doceniać każdy, nawet pozorny, przejaw niezależności reżimu warszawskiego. Przerażała eseistę możliwość wojny i, być może, atomowego bombardowania Krakowa, Poznania, Gdańska. Uważał, że emigranci winni zrobić wszystko, co w ich mocy, żeby zapobiec nowej hekatombie. Nie wahał się uwydatniać dodatniej roli Konstantego Rokossowskiego, marszałka sowieckiego mianowanego przez Moskwę dowódcą armii polskiej. Stempowski, mistrz paradoksu, zadziwić musiał Giedroycia takim oto stwierdzeniem: „Rokossowski jest dziś jedynym Polakiem, z którym liczy się Moskwa, Londyn i Waszyngton. Gdyby zesłano go do łagru, armię zaś jego odesłano do domu, na kilka lat zapewne Polska znikłaby ze szpalt gazet na Zachodzie. Nawet my osobiście mamy mu coś do zawdzięczenia. Jeżeli nie zesłano nas obu do Australii, stało się to głównie dlatego, że liczono się głównie z Rokossowskim, który w razie okupacji Europy Zachodniej mógł się o nas upominać i - niezależnie od wszystkiego innego - nie omieszkałby tego zrobić. W tym tragicznym położeniu wydaje mi się, że Rokossowski powinien zachować całkowitą tajemniczość. Cokolwiek o nim powiemy, będzie to poniżej wagi i stylu zagadnienia”.
Stempowski, podobnie jak K.A. Jeleńskl, miał krytyczny pogląd na Polskę dwudziestolecia międzywojennego, a nawet dostrzegał w tamtym okresie zwiastuny późniejszego systemu totalitarnego. Autor Zbiegów okoliczności w kulcie Marszałka i głupstwie ówczesnej propagandy widział zapowiedź zidiocenia wielu umysłów w okresie stalinowskim (Notatki o żałobie). Hostowiec komunizm w Polsce uważał za kontynuację etatyzmu sanacji, nawet projekt stworzenia kołchozów opracowany został już w latach trzydziestych. Potulność warstwy urzędniczej i resztek inteligencji miała swój początek przed wojną. Nie ogranicza się to tylko do Polski, eseista był przekonany, że gotowość do posłuszeństwa społeczeństw Zachodu przewyższyłaby, w razie okupacji sowieckiej, wszystkie wzory wschodnioeuropejskie. W oderwaniu Polski od systemu gospodarczego Zachodu widział Stempowski następstwo cynicznego jej wyzysku przez Zachód, który „traktował Polskę jako rodzaj terenu kolonialnego powołanego do dostarczania za bezcen produktów rolniczych. Płace robotników rolnych wynoszące 50 do 100 groszy na dzień, uważano na Zachodzie za wystarczające dla Polaków”. Zachód uniemożliwiał uprzemysłowienie Polski, odmawiając jej kredytów. Stany Zjednoczone i Anglia wolały odbudowywać gospodarkę niemiecką.
Piętnował arogancję emigrantów w stosunku do krajowców, z oburzeniem pisał o artykułach, jakie ukazały się w „Wiadomościach” po śmierci Juliana Tuwima: „dawni jego  przyjaciele zebrali się na rodzaj sądu czy dintojry mającej sądzić zmarłego. Tego żadne, najbardziej nawet sprzedajne trybunały nie robią. W tym wszystkim jest coś nieludzkiego”.
Pogląd, popularny np. wśród emigrantów londyńskich, że Polska jest sterroryzowaną prowincją imperium, gdzie życie jest jedynie ponurą farsą odgrywaną przez marionetki, eseista odrzucał. Uważał, że tylko w kraju mogą pojawić się i dojrzeć siły, które w przyszłości odmienią jego oblicze. W 1954 roku zaś doszedł do przekonania, że walka kraju o wolność osiągnęła fazę, kiedy polityka emigracyjna czy nawet polityka mocarstw zachodnich nie ma większego znaczenia. Co do powrotu legalnego rządu emigracyjnego Giedroyc też nie żywił, rzecz jasna, żadnych złudzeń (zresztą powrót taki nie miał dlań sensu), nie ignorował też procesów nurtujących społeczeństwo polskie pod rządami komunistów, ale do połowy lat pięćdziesiątych nadzieję pokładał przede wszystkim w politycznej lub militarnej interwencji Stanów Zjednoczonych w skali globalnej. Kiedy nawiązał bardziej intensywne kontakty z krajem, Stempowski uznał to za zwiastun zmiany orientacji Redaktora w pożądanym kierunku. Nie omieszkał jednak zaznaczyć, że ani na jotę nie zmienia swojego stanowiska. Emigracja nie ma po roku 1945 żadnej roli politycznej do odegrania, nie jest w stanie i nie powinna niczego Polakom w kraju sugerować, tym bardziej zalecać. Publicystyka Mieroszewskiego to w gruncie rzeczy chaotyczna pisanina (Hostowiec użył określenia „łamańce”), Londyńczyk zaczął od tezy, „że należy porzucić »ideologię niepodległościową« w zamian za udział w planowaniu amerykańskim, a skończył na apologii titoizmu i pogodzeniu się z planowaniem sowieckim”. Była to dotkliwa recenzja twórczości spółki autorskiej Mieroszewski - Giedroyc i w odpowiedzi Redaktor lojalnie przyznał się do kooperacji z Londyńczykiem. Politykowaniu Stempowski przeciwstawił literaturę jako dziedzinę, w której emigracja już może się poszczycić osiągnięciami. Dobra literatura, w przeciwieństwie do dywagacji publicystycznych, zawsze znajdzie w Polsce uważnych czytelników i będzie stanowić spoiwo łączące wychodźczą diasporę z krajem. Istnienie cenzury świadczy o tym, że rząd obawia się wolnego słowa, co znakomicie podnosi społeczną rangę literatury. Dzieła powstające i wydawane poza cenzurą ideologiczną mogą liczyć w kraju na większy oddźwięk i autorytet niż pamflety polemiczne i publicystyka. Ale również emigranci winni zainteresować się literaturą krajową, którą do tej pory potępiano lub zbywano milczeniem. Stempowski przyznawał, że o utworach socrealistycznych pisać jest trudno, „rzecz taktu, ale nie jest to niemożliwe”. Podjął się jednak tego zadania i wkrótce w „Kulturze” pojawiły się recenzje utworów krajowych, np. reportaży z Nowej Huty, pt. Zmiany w krajobrazie. Stempowski twierdził również, że teksty o Parnickim i Cioranie pisał z myślą o czytelniku krajowym, ale nie jest dla mnie jasne, co oznaczało pisanie dla czytelnika krajowego. Rok 1954 zakończył kwarantannę eseisty i w „Kulturze” znów zaczęły się ukazywać jego utwory. Wytrwałe i cierpliwe zabieganie Giedroycia o współpracę pisarza przyniosło efekty. Redaktor nie zmienił linii pisma, nie zaniechał aktywności politycznej, ale dał dowody otwartości, zrobił wszystko, żeby w trudnych dla Hostowca latach miał on poczucie, że jest pismo i ludzie, na których, nawet jeżeli się z nimi w ważnych kwestiach nie zgadza, może liczyć. Zresztą, to wsparcie zyskało na początku roku 1955 bardzo konkretną postać - kiedy nadarzyła się okazja, Giedroyc wystarał się dla eseisty o stypendium z Fund for Intellectual Freedom. Stempowski otrzymywał miesięcznie 15 tysięcy franków przez osiem miesięcy. „Kultura” kosztowała wówczas 180 franków, w Szwajcarii 2 franki szwajcarskie, a więc stypendium wynosiło około 170 franków. Jaką ta suma miała wówczas w Bernie wartość? W liście Stempowskiego do Marii Dąbrowskiej z 27 kwietnia 1956 roku znajdujemy taką informację: „Pisząc na tematy literackie i historyczne w najlepszych czasopismach, zarabiam z trudem 200 franków, gdy minimalne koszty utrzymania wynoszą oficjalnie 230 franków”. Tak więc kwota 170 franków była równa 2/3 minimum socjalnego, w Szwajcarii zapewne nie najniższego. Dziękując za stypendium, Hostowiec odpisał, że 15 tysięcy franków nie jest dla niego sumą symboliczną, bo tyle wynosi jego miesięczny budżet. Dodatkowe pieniądze umożliwiły pisarzowi przyjazd do Maisons-Laffitte.
W Autobiografii... Redaktor wspomina, że Stempowski „nie znosił Mieroszewskiego”. W istocie, styl publicystyki Londyńczyka nie trafiał Hostowcowi do przekonania z powodów, o których już pisałem. Jednak niechęć do Mieroszewskiego dyktowała Stempowskiemu również pochopne sądy. W lutym 1955 roku ambasadę rumuńską w Bernie zajęła uzbrojona grupa terrorystyczna, która zażądała od komunistycznych władz w Bukareszcie uwolnienia więźniów politycznych. Niektóre agencje, w tym komunistyczna z Bukaresztu, podały, że sprawcami napadu są byli członkowie Żelaznej Gwardii, paramilitarnej organizacji faszystowskiej działającej w Rumunii w latach trzydziestych i czterdziestych. W Kronice angielskiej Londyńczyk powtórzył wiadomość o powiązaniu zamachowców z Żelazną Gwardią. Stempowski odrzucił tę sugestię, uważając, że akcja jest dziełem emigrantów zwerbowanych, wyekwipowanych i przerzuconych przez niemiecką granicę przez wywiad amerykański. W liście do Giedroycia Hostowiec oskarżył Mieroszewskiego, że podtrzymując bezkrytycznie fałsz propagandy komunistycznej, godzi w interesy wszystkich wychodźców. Przedstawiając epizod wojny wywiadów jako akcję emigrantów, podtrzymuje kłamstwo o ich samodzielnej działalności terrorystycznej. Może to mieć znaczenie dla samych sprawców, gdyż szwajcarski sędzia śledczy, chcąc uniknąć ujawnienia prawdziwych mocodawców terrorystów, gotów jest szukać kozła ofiarnego. Lekkomyślna wzmianka Mieroszewskiego w emigracyjnym piśmie może pomóc stworzyć wygodny dla wszystkich mit o samoczynnym terroryzmie emigrantów. Sprawcy napadu są dla Stempowskiego ofiarami wojny wywiadów, odpokutują swój czyn wieloletnim ciężkim więzieniem. Nie zasługują zapewne na gesty solidarności w rodzaju wsparcia finansowego, jakie proponował londyński „Dziennik Polski” i „Dziennik Żołnierza” (Giedroyc ironizował we wcześniejszym liście na temat tego pomysłu), ale nie znaczy to, że można ich traktować bezwzględnie: „Siusianie im na głowę [...] wskazywanie palcem jako na czarnosecińców i pogromszczyków jest aktem jeszcze mniej politycznym, bo odbierającym wszelką sympatię zarówno dla uwięzionych, jak i dla jeszcze wolnych emigrantów”. Co więcej, Stempowski przypisał Mieroszewskiemu małoduszność, a nawet łamanie dobrych obyczajów dziennikarskich. Hostowiec z pewnością zareagował zbyt impulsywnie, wyolbrzymił możliwe konsekwencje notatki Londyńczyka w „Kulturze”, a jego samego zbyt pochopnie oskarżył o lekkomyślność.
W sporze z Mieroszewskim Hostowiec wystąpił jako obrońca dobrego imienia emigrantów, których zachodnia prasa gotowa była z różnych przyczyn przedstawić jako byłych faszystów, chętnie posługujących się przemocą i terrorem. Emigracja była dla Stempowskiego rodzajem klęski życiowej, ci, którzy usiłowali wykorzystać emigrantów do własnych celów, czy też po prostu zniesławić, budzili w pisarzu gniew. Sami wychodźcy, imając się działalności politycznej, z góry według Hostowca skazanej na fiasko, prowokowali ludzi niegodziwych do manipulowania nimi. Tymczasem wiosną 1955 roku sam Stempowski został zmuszony przez bieg wypadków do odegrania aktywnej roli. Na początku kwietnia zgłosił się do niego Juliusz Katz-Suchy, tajny dygnitarz bezpieki, zatrudniony również w dyplomacji, który zaproponował eseiście rozmowę na temat rewizji stosunków między krajem a emigracją. Musiał to być tylko wstępny sondaż, bo Stempowski w liście do Giedroycia poświęcił mu tylko niewielki akapit. Do Krystyny Marek napisał więcej, ale wielkanocna pointa listu świadczyła o rezerwie korespondenta, o braku zainteresowania rozmowami politycznymi z tajnymi dygnitarzami bezpieki: „Jutro zabieram się do malowania pisanek według najlepszych wzorów. Zajęcie to uspokaja nerwy i prowadzi myśl ku rzeczom pogodnym”.
Tymczasem w maju okazało się, że emigranci z całej Europy Wschodniej stali się obiektem zainteresowania władz komunistycznych. Pojawiły się apele o powrót, do Hostowca dotarła z Warszawy wiadomość, że rozważany jest projekt założenia za granicą czasopisma, w którym pisaliby jednocześnie emigranci i literaci krajowi, i które miałoby debit w Polsce. W ten sposób wychodźcy zyskaliby miejsce druku, dostęp do czytelników krajowych i honoraria, od których na Zachodzie zdążyli się odzwyczaić. Jako współpracowników wymieniano Parnickiego i Hostowca, powieści pierwszego przestały budzić wątpliwości cenzorów i planowano wydać je w kraju, wszystkie eseje drugiego drukowane w „Kulturze” uznano za cenzuralne. Do Giedroycia napisał, że redagowanie pisma ma być powierzone ,,jakiemuś emigrantowi”, natomiast Krystynie Marek donosił: „moi znajomi uprzedzają mnie, że rozważana też jest moja kandydatura”. W liście do Redaktora zapowiadał taktykę kunktatorską, chciał ciągnąć rozmowy dla podtrzymania i mnożenia kontaktów krajowych, ale wątpił, by reżim warszawski rzeczywiście się na założenie takiego pisma zdecydował. Natomiast w późniejszym o tydzień liście do Krystyny Marek pisał nie tylko o korzyściach dla literatury krajowej, lecz również o pożytkach dla wychodźców: porozumienie z czytelnikiem w kraju jest dla każdego pisarza emigracyjnego sprawą zasadniczą. Co więcej - donosił Stempowskiemu Giedroyc - sytuacja literatury na emigracji stała się krytyczna. Teodor Parnicki, jeden z najwybitniejszych twórców, nie może wydać dwóch swoich powieści. Pozostanie na emigracji będzie dla niego oznaczało rezygnację z pisania. Z kolei Gombrowicz stracił posadę w banku. „Jest to człowiek niezdolny do pracy zarobkowej i za parę miesięcy »spuchnie«. Miłosz jest mięczakiem, stale mającym kompleks »zdrady«. Mam teraz z nim niezmiernie ciężkie przejścia [...] Jeśli mu się mignie »bezpieczną« możliwością docierania do czytelnika w kraju, nie potrafimy go zahamować. Na tle nędzy pisarskiej na emigracji są to czołowe nazwiska i ich wyłamanie może niezmiernie nadwerężyć morale emigracyjnej inteligencji”.
Nie ulega wątpliwości, że emigracyjno-krajowe pismo, w którym drukowaliby najlepsi polscy pisarze, być może z Hostowcem jako redaktorem, pozbawiłoby „Kulturę” autorów i tym samym położyło jej kres, bo Redaktor wolałby raczej zamknąć pismo niż drukować grafomanów. Indolencja władz komunistycznych uratowała „Kulturę”, niemniej w drugiej połowie lat pięćdziesiątych wróciło do kraju wielu pisarzy, m.in. Maria Kuncewiczowa, Zofia Kossak-Szczucka, Teodor Parnicki, Melchior Wańkowicz, Michał Choromański, Stanisław Mackiewicz.
Wysłannikiem Warszawy, który sondował nastroje na emigracji w połowie 1955 roku, był Jan Kott, profesor literatury polskiej w Uniwersytecie Warszawskim. Przed wojną był słuchaczem Stempowskiego w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej i terminował u niego jako eseista. Kott nie ukrywał, że jest komunistą i przyszłość Polski widzi tylko w bloku sowieckim. Przekonywał Giedroycia, że w Polsce zaczyna się jakaś zasadnicza demokratyzacja, która stwarza możliwości powrotu emigrantów, a co najmniej warunki bliskiej współpracy, proponował wydanie pism autorów emigracyjnych, zwłaszcza Gombrowicza, nalegał, aby Giedroyc lub ktoś z jego współpracowników przyjechał za „żelazną kurtynę”. Kott rozczarował Redaktora: „Wszystko to jest gorsze niż myślałem, i w sensie bierności, i w sensie pasywnej wiary w Związek Sowiecki”. Niemniej gotów był nawiązać kontakt z krajem. Stempowski odnosił się do Kotta z pewną sympatią, ale przestrzegał Redaktora, widząc w taktyce komunistów dążenie do poróżnienia „Kultury” z Amerykanami, którzy negatywnie odnosili się do kontaktów emigrantów z blokiem sowieckim. Po spotkaniu z Kottem w Bernie nabrał doń więcej zaufania i zaczął nazywać „Kotkiem” i „bliskim przyjacielem”. Kott przyznał, że przed wyjazdem na Zachód „zabezpieczył się najdokładniej”, jak napisał Stempowski. „Rozmowy nie ubezpieczone są w ogóle nie do pomyślenia. Wszystkie tematy do omawiania z emigrantami są dyskutowane w Warszawie publicznie, z udziałem i za wiedzą partii i bezpieki”. Oznaczało to, że Kott jest za granicą z misją - powiedzmy - służbową i po powrocie złoży władzom najdokładniejszy raport. Natchnęło to Hostowca do ujawnienia wszystkich zakulisowych zabiegów, których był przedmiotem. Artykuł, jaki ukazał się kilka miesięcy później w „Kulturze” nosił tytuł Odprężenie ogarnia emigrację. Sformułowanie to nawiązywało do zmiany klimatu w stosunkach międzynarodowych w następstwie zahamowania przez Sowiety zbrojeń i propagandy wojennej. Umożliwiło to spotkanie przywódców czterech mocarstw w Genewie, które Stempowski jako wysłannik „Kultury” obserwował i z właściwym sobie humorem i ironią opisał.
W tym samym czasie Stempowskiemu udało się zaaranżować spotkanie Marii Dąbrowskiej i Jerzego Giedroycia w Bernie. Spotkanie to, nierównie ważniejsze niż wszystkie rozmowy z Janem Kottem i innymi „ubezpieczonymi” podróżnikami krajowymi, wywarło duże wrażenie na Stempowskim, dało wiele do myślenia Giedroyciowi. Władze komunistyczne z pewnością dobrze się orientowały, z kim Dąbrowska będzie się kontaktowała, niemniej nie obarczyły jej żadną misją, nie powierzyły żadnego zadania, prócz siebie pisarka nie reprezentowała nikogo. Była to dla Giedroycia i Stempowskiego najlepsza rekomendacja. Redaktor od pewnego czasu zabiegał o kontakt z autorką Nocy i dni. Zdecydowała się ona na przyjazd do Szwajcarii w sierpniu 1955 roku. Zawiadomiła o tym Stempowskiego, który zaraz dał znać Giedroyciowi: „M. D. zgadza się przyjechać tu na jesieni” i napisał do Warszawy: „Wczoraj przyszła Pani kartka z radosną dla mnie wiadomością o Pani zamierzonej podróży. Jest to dla mnie nie tylko spełnienie dawnego i wciąż żywego życzenia, ale także pierwszy widomy znak odwilży, luzów i w ogóle lepszych czasów [...] przy domu mamy mały, lecz bardzo przyjemny ogródek, zawieszony na stoku góry i zasłonięty od wiatru. W tym roku przekopałem go, oczyściłem od chwastów i zasiałem trawą. Myślę więc, że dobrze byłoby, gdyby Pani mogła przyjechać w czasie, kiedy można jeszcze korzystać z słońca i powietrza w domu. Zresztą, to, co sobie będziemy mieli do opowiadania, nie da się zapewne zmieścić w czterech ścianach. Tzautów nie ma w tej chwili w Bernie, ale przypuszczam, że Pani będzie mogła mieszkać u nich, obok mnie. Na parterze mam prócz tego na mój użytek wielką kuchnię, w której w ostatnich latach wykształciłem się na kucharza. Wszystko więc jest gotowe na Pani przyjęcie”. Pochwała ogródka na stoku nie jest tylko bezinteresownie wplecionym motywem sielsko-wolteriańskim, eseista zapewnia w ten sposób swoją przyjaciółkę o całkowitej dyskrecji rozmów, co, zwłaszcza wobec przewidywanej obecności Redaktora, nie mogło być dla Dąbrowskiej obojętne.
Pisarka przyjechała do Szwajcarii 22 września, trzy tygodnie spędziła w Bernie, kilka dni u przyjaciół w Genewie. 4 października do Berna dotarł Giedroyc i - jak pisał do Mieroszewskiego - przegadał z pisarką pięć dni i nocy. O samym spotkaniu jednak tylko napomknął: „O Dąbrowskiej po prostu trudno pisać, tyle informacji i wrażeń [...] Jestem pod dużym wrażeniem jej samodzielności i odwagi, a jednocześnie dało mi to poczucie, jak odskoczyliśmy mimo wszystko od kraju. Z tego, co mówi, sytuacja »Kultury« w kraju jest ogromna”.
Spotkanie i rozmowy z autorką Ludzi stamtąd wywarły wrażenie również na Hostowcu, który widział pisarkę po raz pierwszy od 1939 roku. Korespondował z Marią Dąbrowską sporadycznie już przed wojną, a także po jej zakończeniu, po śmierci Stanisława Stempowskiego w roku 1951 wymiana listów zyskała głębsze uzasadnienie i stała się regularna. Eseista zobaczył w pisarce kogoś bardzo podobnego do siebie, w liście do Krystyny Marek, której obszernie opowiedział o spotkaniu i rozmowach, pisał: „Pierwszy raz widziałem kogoś, kto z tego młyna historii wyszedł nie starty na proszek, nawet nie zmaglowany, ale zaledwie tylko trochę otoczony po kantach. Dzięki przezorności i cierpliwości udało się jej zachować zdumiewającą niezależność, uniknąć kompromisów i nawet kontaktów, które jej nie pociągały”. Formuła troski o siebie, jakiej Stempowski dopracował się już w młodości nakazywała respektowanie właśnie takich zaleceń jak zachowanie tożsamości, stawianie oporu siłom, które usiłują nas uformować na inną modłę, nieangażowanie się w sprawy, wymagające kompromisów, postawa krytyczna wobec siebie i rzeczywistości, obrona niezależności myśli wśród gwałtownych przemian i katastrof. Jeżeli wreszcie, po wahaniach, zdecydował się na współpracę z „Kulturą”, to tylko dlatego, że zyskał pewność, że Giedroyc nie wplącze go w żadną awanturę, nie narazi na utratę twarzy, nie posłuży się nazwiskiem pisarza w jakiejś własnej grze. W strategii życiowej Dąbrowskiej odkrył Stempowski podobieństwo do własnej postawy, a jednocześnie rozmowa z nią uświadomiła mu, jak bardzo jako emigrant i jako intelektualista o formacji liberalnej oddalił się od kraju. Ze zdumieniem dowiedział się, że „oświecona część narodu” nie uważa nowego państwa socjalistycznego za coś obcego. „Jest to twór samych Polaków, rzecz swojska, własna, jakkolwiek nosząca pieczątkę na pół obcą”. Dla Hostowca, który na państwo patrzył zawsze oczami liberała, odnoszącego się bez sentymentu, chłodno, nawet do II Rzeczpospolitej, taka postawa, zwłaszcza wobec totalitarnego lewiatana, była zaskakująca. Stąd konkluzja: „Z pojęć czasów liberalizmu nic zapewne już w Polsce nie ostało się etatyzmowi i socjalizmowi, tj. procesom starszym znacznie od 1945 i będącym własnym tworem Polaków”. Spostrzeżenie, że Polacy nie odwrócili się bynajmniej od państwa, które jawnie nie było suwerenne, prześladowało patriotów i lekce sobie ważyło elementarne swobody obywatelskie, musiało więcej dać do myślenia Giedroyciowi. Oznaczało to, że Polacy jasno uświadamiają sobie, że ze strony Zachodu nigdy nie otrzymają w walce przeciw Sowietom żadnej pomocy, że są zdani tylko na własne siły i muszą sobie radzić, jak umieją w ramach zakreślonych przez Moskwę. Kto chce zyskać jakikolwiek wpływ na sprawy polskie, musi przyjąć do wiadomości nie tylko całkowitą polityczną desinteressement Zachodu dla prób wybicia się na niepodległość i demokratyzacji, lecz i to, że Polacy na obcą pomoc więcej nie liczą, zżyli się z systemem komunistycznym. Powszechny udział całej ludności w odbudowie sprzyjał zacieraniu się granicy między tym, co jest dziełem własnym, a tym, co zostało narzucone. Redaktor zawsze zdawał sobie sprawę, że emigranci o życiu w kraju niewielkie mają pojęcie, ale Maria Dąbrowska uświadomiła mu, jak wielka przepaść dzieli te dwie rzeczywistości. Nikt w Polsce nie liczy na polityczną pomoc emigracji, nikogo nie interesuje jej ewolucja, ani opinie na temat kraju. Te wydają się drażniące i nietaktowne, „nie biorące pod uwagę niezmierzonej zawiłości linii podziałów i pomieszania rzeczy dobrych i złych, możliwych i nieuniknionych”.
Giedroyc, młodszy od Stempowskiego o trzynaście lat, wyrósł w zupełnie innej epoce, ukształtował go klimat budowy II Rzeczpospolitej, entuzjazmu dla świeżo odzyskanej niepodległości. Prawd liberalizmu nigdy sobie nie przyswoił, poglądy Redaktora na temat państwa i jego roli w życiu narodu, relacji między gromadą a jednostką, były biegunowo odmienne od wyobrażeń liberałów. Wierzył bowiem w mądrość polityczną wspólnoty, która, zorganizowawszy się w państwo, wysoko je ceni i troszczy się o nie, widząc w nim siłę twórczą, warunek bezpieczeństwa narodu, jego materialnego i duchowego rozwoju. W rok po spotkaniu w Bernie, pod wrażeniem Października i klęski powstania węgierskiego, Stempowski znakomicie tę sytuację uchwycił: „nawet nieprzejednani emigranci musieli życzyć polskiej partii komunistycznej, aby udało się jej opanować wypadki i zatrzymać kraj na brzegu przepaści [...] Polska - mawiał reb Askenazy - jest jak kazańska sierota, której nie ma komu wykupić z niewoli. Jedynym jej obrońcą jest rząd warszawski, cokolwiek by o nim skądinąd można było myśleć”. Rozmowy z Dąbrowską utwierdziły zapewne Redaktora w przekonaniu, że czas najwyższy kraj uczynić głównym terenem pracy politycznej, nie rezygnując z emigracji.
Rok 1955 nie dorównywał 1956 ani w ważności wypadków, ani w tempie, w jakim następowały. Niemniej i on po zastoju lat ubiegłych był bardzo urozmaicony, bogaty w zaskakujące epizody. Należał do nich apel 48, wezwanie do powrotu skierowane do emigrantów przez kilkudziesięciu krajowych intelektualistów, ale napisane pod dyktando komunistycznych urzędników, jeżeli nie wprost przez oficerów bezpieki. Wśród sygnatariuszy nie brakowało jednak zacnych nazwisk, wymieńmy tylko Marię Dąbrowską, Juliana Krzyżanowskiego, Karola Estreichera czy Antoniego Słonimskiego. Apel nadała radiostacja „Kraj”, rozgłośnia stworzona specjalnie do emitowania audycji adresowanych do emigrantów. O nieśmiałej odwilży politycznej w bloku sowieckim i nieco śmielszych próbach nawiązania przez komunistów kontaktu z emigrantami Hostowiec napisał artykuł Odprężenie ogarnia emigracją, zamieszczony w październikowym numerze „Kultury”. „Przez dziesięć lat - ironizował - gazety krajowe pisały o nas jako o zdrajcach zaprzedanych imperialistom i neohitlerowcom. Dziś, zatroskane o nasz los, zapraszają nas do udziału w odbudowie kraju”. Ale Hostowiec był najdalszy od poetyki pamfletu. Wspominając, bez podawania żadnych szczegółów personalnych, swoje spotkania z przyjezdnymi z kraju, zaznaczył, że odmienne zapatrywania nie upoważniają go wcale do wypowiadania sądów wartościujących:
„Niektórzy dawni znajomi zostali przez ten czas członkami partii, spostrzegłem jednak, że ta okoliczność nie stworzyła między nami żadnej obcości. Wzrok ich był przyjazny, jak dawniej, myśl jasna, wolna od manieryzmów i przesądów. Rozumiałem, że uszedłszy łatwej śmierci, moi towarzysze nie znajdowali w sobie argumentów nakazujących im odpowiadać zawsze »nie« na propozycje, jakie niosło im zmienione przez wypadki życie. Ja sam poszedłem wprawdzie inną drogą, ale - przeglądając szybko w pamięci motywy mego wyboru - spostrzegałem, że nie umiałbym ich streścić jasno bez użycia słów potępionych przez Carnapa jako nieposiadających dość określonej treści; najistotniejsze w nich wydawało mi się to, że mogłem się nimi powodować, nie poddając ich żadnej ściślejszej dyskusji [...]. W wyniku odmiennych przeżyć pozostawała między nami pewna strefa myśli, do której chwilami zbliżaliśmy się, nie odważając się jej przestąpić. Spotkania i rozmowy były zawsze zbyt krótkie; najistotniejsze ich przedmioty zawsze uciekały od słów”.
W tym spokojnym wyznaniu, w którym słyszymy nutę równoważącej ton powagi autoironii, stwierdza Hostowiec niemożność oceny motywów ludzi, którzy przeszli na stronę komunistów. Wybór emigracji, będący aktem politycznym i etycznym nie tylko dla londyńskich niezłomnych, na pewno również dla Giedroycia, Czapskiego czy Mieroszewskiego, w ujęciu eseisty jest decyzją prywatną, której przesłanek nie sposób wypowiedzieć, tak są złożone, intymne, własne. Stempowski, strzegąc własnej wolności, nigdy nie wstąpił do żadnej emigracyjnej organizacji ani frakcji, nawet współpracę z Giedroyciem podjął po wielu wahaniach, dopiero zyskawszy pewność, że nie zostanie wciągnięty w działania polityczne, nie znajdzie się w towarzystwie osób, z którymi nie życzy sobie przestawać, nikt nie będzie go szantażował partyjną dyscypliną. Na emigracji wybrał samotność, choć nie absencję i milczenie. Taka postawa zyskała mu pewien kapitał zaufania wśród emigrantów, upoważniający Hostowca do zabierania głosu w sprawach obchodzących ogół uchodźców. W swoim artykule zaproponował emigrantom odstąpienie od politycznych dogmatów i baczne przyglądanie się rozwojowi sytuacji. Trudno liczyć na lojalność władz komunistycznych, bo nie zrezygnowały one przecież z rozbrojenia i likwidacji wychodźstwa, ale warto opuścić oblężoną twierdzę i wyjść parlamentariuszom przeciwnika na spotkanie, gdyż są wśród nich ludzie dobrej woli, nie mamy też prawa uważać się za kogoś lepszego od nich. Hostowiec nie liczył na sensacje polityczne, trzeźwo oceniał sytuację, ale proponował emigrantom nieumykanie wyciągniętej ręce, podjęcie rozmów, nieu- chylanie się od spotkań. Emigracja, co prawda, przez minione dziesięć lat nie była niemową, ale były to raczej monologi na własny użytek, przy pustej widowni. „Na razie pozostaje faktem - konkludował swoje rozważania Hostowiec - że emigracja spłynęła z mielizny i znalazła się w samym środku odmętów odprężenia. Walka podjęta o nią i przeciw niej przez rząd warszawski zaczęła zwracać ogólną uwagę. Po raz pierwszy od wielu lat emigracja - jeżeli zabierze głos - będzie mogła liczyć na pewne audytorium po obu stronach linii demarkacyjnej”.
Artykuł Hostowca miał również przygotować grunt pod nową akcję Giedroycia, który postanowił odpowiedzieć na apel 48 i przechwycić inicjatywę. W sierpniu rozważał, a po rozmowach z Marią Dąbrowską zdecydował się zaprosić do Maisons-Laffitte sygnatariuszy apelu na kilkudniowe rozmowy. Udział w ekipie „Kultury” Redaktor chciał zaproponować Florianowi Znanieckiemu, Aleksandrowi Weissbergowi-Cybulskiemu oraz Janowi Nowakowi-Jeziorańskiemu. Kilka wystąpień emigrantów „na tematy zasadnicze” miało zagaić dyskusję, co jednak nie powinno sformalizować atmosfery spotkań, najważniejsze byłyby kontakty osobiste. Nie podejmowano by oczywiście żadnych uchwał ani zobowiązań. Dąbrowska przestrzegała, że jest jedna szansa na sto, że reżim zgodzi się na wyjazd sygnatariuszy apelu, Giedroyc wątpił w powodzenie swojego planu, niemniej przygotowywał się bardzo sumiennie. Redaktor liczył na pomoc finansową Kongresu Wolności Kultury i wsparcie moralne. We wrześniu 1955 roku planowany był zjazd w Mediolanie („masa doskonałych nazwisk”), na którym Józef Czapski i Konstanty Jeleński mieli inspirować list intelektualistów zachodnich do „Kultury”. Redaktor spodziewał się, że oznajmienie takie podkreśli rolę pisma jako pośrednika między Polską a Zachodem, doda otuchy emigracji, a „Kulturze” powagi w oczach czytelnika krajowego. Kongres jednak miał ważniejsze sprawy na głowie i nie przyszedł Giedroyciowi w sukurs.
Zaproszenie skierowane do sygnatariuszy apelu ukazało się w listopadowym numerze. Zredagował je Stempowski, styl tekstu daleki był od oficjalnego. Najpiękniejszy fragment dotyczył Polaków zesłanych na Syberię w czasie wojny i po wojnie, i w 1955 roku wciąż tam pozostających. W duchu Mickiewiczowskiej dedykacji do III części Dziadów eseista pisał, że teraz, kiedy otworzyły się bramy obozów i z głębi Rosji powracają Włosi, Niemcy, Hiszpanie, należy się upomnieć również o Polaków. Emigranci, wśród których nie brakuje byłych więźniów łagrów, nie mogą milczeć. „Nawet gdyby wszyscy ich zapomnieli - pisze Hostowiec - dawni towarzysze nie mogą wymazać ich z pamięci i sprawa ta jest zawsze żywa wśród emigrantów [...]. Obok repatriowanych na Zachód generałów niemieckich powinno się dziś znaleźć miejsce i dla zesłańców polskich. Nic o tym wszakże nie wiemy. Możemy się jedynie domyślać, że w hierarchii i pilności trosk społeczeństwa polskiego powrót deportowanych z Rosji zajmuje miejsce wyższe od powrotu emigrantów, którym dla niezupełnie jasnych dla nas przyczyn prasa i radio poświęcają tyle uwagi”.
Do sygnatariuszy apelu wysłano imienne zaproszenia (de facto 43) na adres „Tygodnika Powszechnego” (bo to pismo apel wydrukowało) z prośbą o doręczenie adresatom. Giedroyc zaproponował przyjazd 15 marca 1956 roku, dyskusje miały trwać trzy dni.
Zaproszenie 48 wywołało rozmaite komentarze, choć przeważały niechętne, a nawet wrogie. Londyński „Orzeł Biały” nazywał pomysł Giedroycia ,,ryzykanckim”, wydawany w Paryżu tygodnik „Syrena” pisał o „niepoczytalnej inicjatywie”. Syndykat Wolnych Dziennikarzy Polskich we Francji uchwalił rezolucję potępiającą zaproszenie sygnatariuszy apelu. Wolni dziennikarze uznali, że jest to niebezpieczna, choć może nieświadoma, próba dokonania dywersji w szeregach polskiej emigracji na Zachodzie. Kierowane pod adresem „Kultury” zarzuty o „zejście z platformy niepodległościowej” dały Mieroszewskiemu asumpt do zabrania głosu na temat złudzeń i przesądów legalistów londyńskich. „Zespół »Kultury« - deklarował Londyńczyk- odrzuca podejście doktrynalno-partyjne jako w emigracyjnym układzie całkowicie bezpłodne”. „Kultura” nie wyznaje zasad „wszystko albo nic” i „im gorzej, tym lepiej” i będzie wykorzystywała różne okazje dla nawiązania i podtrzymania kontaktów z krajem, które mogą prowadzić do stworzenia pewnego marginesu swobody. „Jesteśmy za pełnym wyzwoleniem, niepodległością i rzetelną demokracją – konkludował Mieroszewski – nie odrzucamy jednak rozwiązań połowicznych [...] W imię pełnej wolności nie odrzucamy półwolności w imieniu tych, którzy od lat szesnastu są pozbawieniu w ogóle wolności”. W tym samym numerze Hostowiec zamieścił Dziennik podróży po moim pokoju w okresie odprężenia, tekst również poświęcony reakcjom na zaproszenie 48, taktyce emigracji i jej kontaktom z krajem. Różnice temperamentów i zapatrywań obu autorów oddawały już tytuły: Stempowski odwoływał się do motywu perypatetyckiego, zapowiadał spokojne rozważenie kwestii w różnych jej aspektach; Mieroszewski wybrał potoczny frazeologizm „karty na stół”, w istocie przemawiał ze swadą i poczuciem wyższości, atakował i uderzał celnie. Nie rozpatrywał ubocznych aspektów sprawy ani historycznego kontekstu podziału Polaków na kraj i emigrację. Londyńczyk wciela się w rolę rzecznika Zespołu „Kultury” i wykonuje zadanie; Hostowiec zaczyna swój artykuł od opisu własnego pokoju w starej berneńskiej kamienicy, który jest scenerią jego rozmyślań, by potem przywołać wspomnienia sprzed dziesięciu lat, kiedy w Austrii dowiedział się od francuskich oficerów o masakrze, jakiej w Spittalu w dolinie Drawy dopuścili się na bezbronnych Kozakach i innych uchodźcach ze Związku Sowieckiego angielscy żołnierze. Ofiary, które chciano przekazać NKWD, stawiały bierny opór i zostały zdziesiątkowane. „Mroźne dni wczesnej jesieni w Innsbrucku, gdzie dowiedziałem się o tych wypadkach, były dla mnie największym wstrząsem. Nie wątpiłem, że stoję przed najdonioślejszymi skutkami ostatniej wojny, przed faktami oświetlającymi sens nowego podziału Europy i rozstrzygającymi dla dalszych stosunków miedzy Wschodem i Zachodem. Układy między zwycięzcami ustalały linie demarkacyjne i zasięg zon wpływów. Likwidacja w Spittalu ustalała w sposób demonstracyjny, wynikający z tych układów, podział ludności Europy na nowe kategorie. W jednej znajdowali się ludzie korzystający z praw wyborczych i gwarancji konstytucyjnych, w drugiej ci, których można strzelać jak zające, gnieść tankami i pławić w rzekach bez tego, aby wykonujący te czynności mieli świadomość przekraczania zasad moralnych i przepisów etykiety towarzyskiej obowiązującej w ich krajach. Do czynności tych upoważniały ich traktaty, na których widniały podpisy mężów stanu wybranych w powszechnych głosowaniach, i które miały być niebawem aprobowane przez cały synod narodów zgromadzony w San Francisco. Rozgrzeszały ich rządy, parlamenty, sędziowie w togach stojący na straży praw i opinia większości będąca właściwie jednomyślnością, bo i mniejszość zachowywała dotąd w tej sprawie całkowite milczenie. Znajdowali się wreszcie na końcu długiej ewolucji obyczajów, w wyniku której zdanie większości i nadzieja na pomyślną koniunkturę w gospodarce miały zastąpić sumienie i naukę Ewangelii [...] Umowa jałtańska i likwidacja w Spittalu są jak orzeł i reszka dwoma aspektami tej samej rzeczy. Aby oddać na poniewierkę sto milionów ludzi trzeba mieć lub stworzyć sobie ex post niewielkie pojęcie o ich wartości”.
Stempowski nie potrafił wyjść z cienia Jałty, jego zmysł moralny był głęboko urażony zbrodniczym układem. Pogardzał Zachodem, jego kultem pieniądza i pychą, tym bliższy stawał się Hostowcowi kraj, tym większą niechęć odczuwał wobec lenistwa i tępoty wielu emigrantów, którzy pieczątką „komunizm” i piętnem „zdrada” opatrywali wszystko, co w Polsce powstawało, niezależnie od tego, czy była w tym komunistyczna inspiracja, czy nie. Być może również dlatego Stempowski zdecydował się poprzeć pomysł Giedroycia zaproszenia sygnatariuszy apelu 48.
16 stycznia 1956 roku Jan Nowak powiadomił Redaktora, że radiostacja „Kraj” pośrednio odrzuciła propozycję rozmów za granicą. Spotkanie - oznajmiono - jest możliwe tylko w Polsce. Giedroyc przeszedł nad tą wiadomością do porządku, Stempowski natomiast liczył chyba na inny obrót sprawy i był zawiedziony. Napisał podzwonne dla całego projektu, które ukazało się w postaci dwóch tekstów, z elegancją pozdrowił zaproszonych: „Chcielibyśmy wierzyć, że z naszymi niedoszłymi gośćmi nie żegnamy się na zawsze. Ponieważ korespondencja z nimi natrafia na nieprzezwyciężone przeszkody, korzystamy z tej drogi dla zapewnienia ich, że będziemy o nich często myśleli”. Do sprawy zaproszenia Stempowski wrócił jeszcze na początku marca, uważał, że wywołało ono wściekłość w Warszawie i trzeba się liczyć z odwetem bezpieki. Przewidywał, że jego fiasko „zatruje rozmowy i kontakty z przyjezdnymi, bo w każdym trzeba będzie podejrzewać prowokatora”. Eseista uznał, że cała sprawa pogłębiła izolację „Kultury” na emigracji. „Zaproszenie 48 zostało dla nas obu całkowicie przegrane, odniosło wszystkie możliwe ujemne skutki, nie z naszej winy wprawdzie”. Po czym Hostowiec wrócił do swojego ulubionego motywu - wreszcie ujawniło się, co decyduje o wadze „Kultury” w kraju. Powołał się na rosyjskiego poetę emigranta Chodasiewicza i jego opinię, że tylko przez swą twórczość literacką emigracja może być przeciwnikiem reżimu moskiewskiego. Giedroyc natomiast szukał pozytywnych skutków zaproszenia 48 i nawet dostrzegał jego wpływ na „repatriację” Polaków z Sowietów i zwalnianie więźniów politycznych w kraju. Dla Redaktora zaproszenie sygnatariuszy było jednym z wielu wątków jego działalności, Hostowiec skłonny był je izolować i uwydatniać niepowodzenie.
Zapewniając niedoszłych gości „Kultury”, że emigranci będą o nich myśleli, nie wypowiadał Stempowski tylko formuły grzecznościowej. Ślad tej pamięci, znak solidarności z krajem znajdujemy w liście pisarza do Redaktora z 8 grudnia 1957 roku Giedroyc przesłał Hostowcowi list otwarty „Kultury” do czytelników omawiający sytuację w Polsce. „Po zamknięciu »Po prostu« – pisał Redaktor - cały ciężar walki o wolność słowa spada na »Kulturę«". Eseista przewidywał, że sformułowanie to wzbudzi w kraju obiekcje. „A my? - powiedzą. - My walczymy z cenzurą każdego dnia, obchodzimy ją, oszukujemy, w pocie czoła tworzymy język do porozumiewania się z czytelnikami przy pomocy aluzji i asocjacji". Podobną reakcję może wywołać surowa krytyka „polskiego eksperymentu”. Polacy w kraju sami zapewne zdają sobie sprawę z jego bankructwa, ale słysząc to z ust kogoś, kto nie brał udziału w tym przedsięwzięciu i nie musi sam płacić za jego fiasko, będą się czuli dotknięci. Wreszcie, stawiając kropkę nad „i”, wypowiedział Stempowski sąd bezwzględny, podważający polityczny sens emigracji. „Trzeba brać pod uwagę, że emigrantom w ogóle nic się - jeżeli chodzi o politykę - nie udało; w oczach czytelników krajowych nosimy wszyscy piętno ogólnego bankructwa emigracji. Nie kwalifikuje to nas na sędziów i mentorów [...] Ludzie w kraju uważają się za walczących na pierwszej linii, dla wielu jesteśmy bohaterami tyłów”. Łagodzą nieco te sformułowania słowa poświęcone Giedroyciowi jako redaktorowi, nie politykowi: „Jedyną rzeczą, która się emigracji udała - to »Kultura«, fakt, że czasopismo to wciąż wychodzi i przynosi zawsze coś ciekawego”.
Przyznając w Autobiografii..., że Hostowiec odegrał w „Kulturze” ważną rolę, Redaktor zaznaczył, że nie była to rola polityczna. W istocie, temperamenty Giedroycia i Stempowskiego były biegunowo odmienne, wielkim osiągnięciem Redaktora było przekonanie eseisty do systematycznej współpracy. Wizji i pasji Giedroycia pisarz nie rozumiał, nie był zresztą w tym odosobniony, pozostawał w towarzystwie Miłosza i Jeleńskiego, nie mówiąc o Gombrowiczu, który z pewną dumą obnosił swoją ignorancję polityczną. „W wojnie otwartej z policją - pisał - »Kultura« i jej czytelnicy w kraju są stroną słabszą, która powinna manewrować ostrożnie, unikając konfliktów, uchylając się od bitwy. Wyzywać i grozić, zachęcać czytelników krajowych do czynnego oporu nie jest taktyką dla strony słabszej”. Gdyby Redaktor przyjął ten program w roku 1957, „Kultura” stałaby się nie tylko innym pismem, stałaby się tylko pismem, zapewne bardzo dobrym, ale podobnym do innych.
POWRÓT DO POCZĄTKU »