Logo Kultura Paryska 21 października 2020
TEMATY
Uwagi wdzięcznego współbiesiadnika
Czesław Miłosz

W pierwszych dniach lutego 1951 roku zjawiłem się w „Kulturze”, czyli w domu przy avenue Corneille, gdzie mieściła się redakcja, tudzież mieszkał trzyosobowy zespół wydający to pismo. Dom, z gatunku tzw. pavillons francuskich przedmieść, stał w zaniedbanym ogrodzie i był równie zaniedbany. Doprowadzenie go do stanu mieszkalności kosztowało zespół wiele trudu. Przesiadywali zwykle w kuchni przy stole pokrytym ceratą, jako że ogrzanie innych pokoi piecykami, w których paliło się węglowe brykiety, częściowo tylko się udawało. Stół służył do posiłków przyrządzanych przez Zosię, do czytania korespondencji, do robienia korekty. Ta trójka, tj. Jerzy Giedroyc, Zosia i Zygmunt Hertzowie, przebywali, ośmielam się tak po- wiedzieć, na dnie klęski. Byli wrogami Imperium, natomiast Imperium miało wszystko po swojej stronie: wygraną wojnę, miliony w łagrach, kontrolę nad połową Europy i kontrolę nad umysłami w drugiej jej połowie, pieniądze na propagandę, dobrze opłacany aparat policyjny i szpiegowski. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić rozmiary triumfu tego państwa. W Polsce dobrze zdawano sobie z tego sprawę i emigracja stawała się symbolem niebytu, co miało wpływ obezwładniający. Zaledwie jednak zaczęto przystosowywać się do swego miejsca w brzuchu molocha, nastąpił rok 1949 i utrata złudzeń, jeżeli ktoś je żywił.

Myślałem tak jak moi koledzy w Polsce i, lądując w „Kulturze”, przyłączałem się, moim zdaniem, do klęski. A jeżeli pisałem, to z pozycji „człowieka przewróconego”, jak powiadał Gombrowicz. Moje środowisko w Polsce kierowało się towarzyskimi ambicjami i niepi- sanym kodeksem towarzyskiego taktu. Zostać emigrantem znaczyło spaść w towarzyskiej hierarchii. Ogłosić się antykomunistą było po prostu nietaktem. Wspominam o tym, bo odpowiada to prawdzie, choć nikt już nie chciałby się do tego przyznać. Moja ponurość, na- wet histeria i prowokacje stąd się brały, że cierpiałem męki poniżonej ambicji. Dzisiaj w całej dyskusji o komunizmie za mało uwagi udziela się towarzyskiemu prestiżowi. Później, za Solidarności, potrzeba tego prestiżu działała w odwrotnym kierunku. W 1951 roku byłem zatruty nie tylko heglizmem, także samotnością kogoś, kto zrywa ze swoją konfraternią, jedyną jaką ma na świecie. Staje się samodzielną, na- wet odważną jednostką, ale mimo woli.

Jerzy Giedroyc pochodził z innych układów i inne były jego pre- sje środowiskowe. Opierając się im, wyzwalał się z etnocentrycznej ortodoksji patriotów. Jego wizja możliwej współpracy polsko-ukraińskiej, polsko-litewskiej i polsko-białoruskiej była (wtedy!) szaleńcza, a pomysł oddziaływania na Polskę z odległości – karkołomny. Choć właśnie w tej swojej cząstce człowieka stamtąd, ze Wschodu, jak Jerzy Stempowski czy Stanisław Vincenz, znającego tamte problemy naro- dowościowe, był mi bliski. To naprawdę tworzyło nić porozumienia.

Nienawidziłem sowieckiego potwora i byłem świadomy, że cudem uniknąłem łagru. Wydostając się z Polski, wziąłem na siebie obowiązek walki. Ale to nie znaczy, że wierzyłem w zwycięstwo i wcale nie zamierzam przyłączać się do tych, którzy teraz utrzymują, że zawsze wiedzieli, co będzie.

Jerzy Giedroyc w swojej niezłomności był dla mnie postacią enig- matyczną. Czy naprawdę wierzył, że podział Europy ulegnie zmianie wcześniej niż za sto lat? Czy też, wobec całkowitego nieprawdopodobieństwa sukcesu swoich poczynań, postępował, jak postępował, w imię zasady stoickiej, dlatego że tak trzeba, bez obliczania szans? Jego uparta działalność i wybór jednego celu, któremu poświęcił ży- cie, zasługiwały na mój szacunek i niechętny podziw. Niechętny, bo przeciwko niemu zwracała się wszelka realistyczna ocena. Jednakże w swoim bezwzględnym oddaniu celowi nie był sam: stała za nim murem ta, bez której nie byłoby „Kultury”, przez której ręce przecho- dziła każda stronica pisma, sekretarka i naczelny szef ich falansteru w jednej osobie, Zofia Hertz. Też na próżno próbowałem odgadnąć, jaka w niej siedzi siła napędowa, że zdolna jest co dzień do czternastu godzin pracy. W imię idei? W imię samego uporu, jak wtedy, kiedy rąbała las na zesłaniu w Marijskiej Republice? Z głębokiej wiary w sensowność przedsięwzięcia? Bo powiedzmy szczerze, że Zygmunt tyrał, pakował egzemplarze i woził ręcznym wózkiem na Gare Saint-Lazare nie dlatego, że wierzył. Poświęcał się świadomie, z miłości do żony, lojalny wobec wybranej przez nią misji. Ponieważ był sceptykiem, okazywał się bardziej dostępny mojemu sceptycznemu usposobieniu.

Powracam teraz, po śmierci Giedroycia, do tych pierwszych lat „Kultury”, dlatego że tak tylko umiem myśleć o wielkości dzieła, które zostawił. Wygrał, ale ryzyko przegranej należało do gry, będącej próbą charakterów. Co prawda można by składać mu hołd za dar przewi- Uwagi wdzięcznego współbiesiadnika 31 dywania, jednakże wtedy brakło logicznych przesłanek do upadku sowietyzmu, a i dzisiaj jego zapadnięcie się od środka wymyka się pojęciu przyczyn i skutków, podobne natomiast jest do cudu. Jako że publikowałem przez dziesiątki lat w „Kulturze” i w Instytucie Literackim, korzystam niezasłużenie z cząstki sławy należnej Giedroyciowi i jego najbliższym współpracownikom. Myślę, że właśnie pokazując mizerię początków, sprowadzam do właściwej skali mój udział, literata, który korzystał z gościny i opieki ubożuchnego wydawcy.

Giedroyc jest jedną z wielkich postaci polskiej historii. Na pewno oceny jego „Kultury” będą się zmieniać, ale zawsze będzie obecny przy debatach o bolesnej likwidacji dziedzictwa dawnej Rzeczypospolitej, jako człowiek, który wcześnie zrozumiał, że stosunki pomiędzy wcho- dzącymi niegdyś w jej skład narodami muszą być oparte na nowych zasadach. Śmierć jego jest stratą dla Litwinów, Białorusinów i Ukraińców, ale dzięki niemu nigdy już, miejmy nadzieję, nie zdobędzie przewagi polski etnocentryczny sposób myślenia.

POWRÓT DO POCZĄTKU »