Лого Парижская Культура 22 июля 2017
ТЕМЫ
Borys Łewycki i „Kultura”
Bogumiła Berdychowska

        Borys Łewycki z całą pewnością należał do najsolidniejszych w swoim czasie zachodnich sowietologów, a jego biografia mogłaby stanowić materię na fabułę powieści sensacyjnej. Był przy tym jednym z najbardziej cenionych przez Jerzego Giedroycia współpracowników „Kultury”. Spośród ukraińskich współpracowników pisma mogły z nim konkurować zaledwie dwie osoby: Bohdan Osadczuk (historyk, dziennikarz prasy szwajcarskiej i niemieckiej, w III RP często obecny w polskich mediach) oraz Iwan Łysiak-Rudnycki, najwybitniejszy historyk ukraińskiej diaspory.

        Urodził się w Wiedniu 19 maja 1915 roku.  Jego ojciec, Wasyl Łewycki był znanym ukraińskim pedagogiem i wieloletnim nauczycielem gimnazjalnym w Bereżanach (w 1941 zginął w sowieckim więzieniu, podobnie zresztą jak część rodzeństwa Łewyckiego). Studia na wydziale filozoficznym, ukończył Borys Łewycki na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie w 1939 r. W 1936 (taką datę podaje „Encyklopedia Ukrainoznastwa”[1]) lub 1937 (tę datę podał sam Łewycki w biogramie, który przygotował dla Jerzego Giedroycia[2]) zaczął pracę dziennikarską –  od razu zostając redaktorem naczelnym lwowskiego tygodnika „Nowe Seło” [„Nowa wieś”].  Pismo początkowo było wydawane przez Związek Agronomów, następnie zaś przez Ukraiński Związek Chłopski („Ukrajinśki Selianśkyj Sojuz”). Był to wynik poszerzania wpływów przez nielegalny ruch nacjonalistyczny na różne oficjalnie istniejące instytucje ukraińskiego życia kulturalnego i gospodarczego w II Rzeczpospolitej – Łewycki, choć bardzo wówczas młody, był już bardzo zaangażowany w ruch nacjonalistyczny, z którym najpewniej związał się w połowie lat 30[3]. Kiedy w 1940 r. doszło w Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów do rozłamu, Łewycki opowiedział się zdecydowanie po stronie Stepana Bandery,  bliżej związując się z jednym z jego ówczesnych stronników, Iwanem Mitryngą. Ta zażyłość naznaczyła całą późniejszą drogę życiową Łewyckiego. Mitrynga, który przed rozłamem ostro krytykował emigracyjne przywództwo organizacji (Prowid), już w 1940 r. zaczął z pozycji lewicowych krytykować Banderę. Mitryndze nie podobała się głoszona przez Banderę koncepcja orientacji polityki ukraińskiej na „nową Europę” w wydaniu niemieckim. Stanął na czele grupy rewizjonistów (określanej w literaturze historycznej jako „grupa Mitryngi”), która dostrzegała niebezpieczeństwo nie tylko czerwonego, ale i brunatnego totalitaryzmu. Ta strategia znalazła odzwierciedlenie w haśle grupy: „Razem z Polakami, Francuzami, narodami ZSRR o wolną Europę bez Hitlera i Stalina”. Początkowo grupa działała w ramach OUN, niemniej bardzo szybko stała się przedmiotem ataków ze strony „prawowiernych” nacjonalistów. W tej sytuacji secesja z OUN była tylko kwestią czasu. Według Bohdana Osadczuka doszło do niej latem 1941 roku[4], natomiast zgodnie z przywoływaną już notatką Łewyckiego do odejścia z OUN doszło w 1942 r. Za tą drugą tezą przemawia również  informacja, którą podaje Władysław Filar, według którego: „W połowie października 1941 roku do Warszawy przybył Borys Łewyćkyj jako oficjalny przedstawiciel OUN-B w celu przeprowadzenia rozmów z przedstawicielami polskich organizacji niepodległościowych w sprawie uzgodnienia wspólnej polityki wobec Niemców. W związku z tym, że jego pełnomocnictwa były ograniczone, obiecał na razie spowodowanie zmiany nastrojów wśród ludności ukraińskiej wrogo nastawionej do Polaków. Od strony polskiej żądał zaprzestania nagonki antyukraińskiej i uwzględnienia w przyszłych pertraktacjach powstania niepodległej Ukrainy. Sprawa granic polsko – ukraińskich omawiana byłaby po zakończeniu wojny”. Według B. Osadczuka Łewycki rozmowy w Warszawie prowadził już jako reprezentant grupy Mitryngi, który z OUN odszedł w 1941 r. i natychmiast założył Ukraińską Rewolucyjną Partię Robotników i Chłopów, która w 1942 przekształciła się w Ukraińską Partię Narodowo-Demokratyczną. Jeżeli Łewycki istotnie reprezentował w Warszawie grupę Mitryngi, to być może polscy rozmówcy błędnie rozpoznali jego organizacyjną afiliację ze względu na jego powiązania z obozem banderowskim w przeszłości. Z kolei do wersji przedstawionej przez Filara przychyla się Jan Malicki, redaktor podziemnego Obozu, który rozmawiał z Łewyckym w Monachium na kilka tygodni przed jego śmiercią w listopadzie 1984 r. Malicki miał wówczas usłyszeć, że w Warszawie Łewycki reprezentował OUN-B. Tak czy inaczej, rozmowy polsko-ukraińskie zakończyły się fiaskiem. Bardzo szybko okazało się, że w warunkach wojny i okupacji w ogóle nie było miejsca dla, jak to określił sam Łewycki, lewicowo-demokratycznej grupy ukraińskiego ruchu oporu. Mitrynga zginął w 1943 r., walcząc w szeregach Poleskiej Siczy (tzw. pierwsza UPA) Bulby – Borowcia, zaś  Łewycki wiosną lub latem 1943 r. wyjechał (salwował się ucieczką?) z Wołynia. Było to już w trakcie antypolskiej akcji UPA, w związku z czym po latach – przy okazji tzw. sprawy Oberlaendera – pisał: „Red. Stachiw w „Suczasnej Ukrainie” z dn. 21 lutego br. oburza się, że podałem jako prawdopodobną tezę, iż pewne ukraińskie elementy mogły pomagać hitlerowcom w układaniu likwidacyjnych list. Czy założenie przez pewne elementy ukraińskich nacjonalistów gestapowskiej szkoły w Zakopanem dla niszczenia polskiego ruchu oporu, czy inne kryminalne fakty z akcją ‘depolonizacji’ Wołynia na czele poprzez mordowanie tysięcy kobiet, dzieci i starców (widziałem osobiście te zbrodnie!) nie robi takie przypuszczenia prawdopodobnym? Są to rzeczy, których żaden uczciwy Ukrainiec nie powinien bronić".

        W 1943 roku najpierw Łewycki pojawił się w Warszawie, następnie w Pradze, by przy końcu wojny osiąść w Monachium, gdzie mieszkał i pracował do końca życia. Związał się ze wschodnioukraińską emigracją, co w przypadku Ukraińców galicyjskich nie było zbyt częste (obok Łewyckiego do „wschodniaków” przystał Bohdan Osadczuk). W 1946 był współzałożycielem (obok Iwana Bahrianego, Iwana Majstrenki, Hryhorija Kostiuka, S. Pidhajnego) Ukraińskiej Rewolucyjno-Demokratycznej Partii (Ukrajinśka Rewolucyjno-Demokratyczna Partija).  Partia miała charakter lewicowy i pozostawała w fundamentalnym sporze ze środowiskami nacjonalistycznymi, zwłaszcza banderowskimi. Jednak już w 1948 r. w URDP doszło do rozłamu: grupa skrajnych lewicowców, w tej liczbie również Łewycki, odeszła z partii, by utworzyć tzw. lewicową URDP.  W latach 1949-56 Łewycki był współredaktorem organu prasowego lewicowej URDP pt. „Wpered”. Jednak jego nieprzejednana postawa wobec nacjonalistycznych środowisk ukraińskich, zaangażowanie we współpracę z niemiecką socjaldemokracją i bardzo intensywna praca badawcza sprawiły, iż właściwie nie odegrał on znaczącej roli w życiu emigracji ukraińskiej, choć na kilka lat przed śmiercią zaczął wykładać na Ukraińskim Wolnym Uniwersytecie w Monachium. Znacznie większą rolę odegrał w niemieckim życiu naukowym i politycznym. W swojej karierze był m.in. referentem niemieckiej socjaldemokracji do spraw Związku Radzieckiego, ekspertem Fundacji F. Eberta, współpracownikiem naukowym Forschungsdienst Osteuropa w Duseldorfie, współpracował też z fachowymi miesięcznikami „Osteuropa” i „Osterreichische Hefte”.

***

            Do spotkania Borysa Łewyckiego z Jerzym Giedroyciem doszło na początku lat 50., wkrótce po Kongresie Wolności Kultury w Berlinie w 1950 (pierwszy zachowany list redaktora „Kultury” do Łewyckiego pochodzi z 15 lutego 1951 r). Według Bohdana Osadczuka Łewycki z Giedroyciem poznali się w Monachium, w czasie jednej z wizyt Redaktora w tym mieście. Potwierdzają to wspomnienia Giedrocyia, który podkreślał, że to dzięki Osadczukowi („nieocenionemu kontaktmenowi”): „nawiązaliśmy bliską współpracę z Borysem Lewickim, który stał się bardzo cennym współpracownikiem, a kilka jego książek wydaliśmy w ramach Biblioteki Kultury[5]. Istotnie, świeżo nawiązana znajomość bardzo szybko przekształciła się w bliską współpracę.  W „Kulturze” Łewycki z jednej strony pisał o najtrudniejszych problemach we współczesnej historii stosunków polsko-ukraińskich, z drugiej był jednym z najbardziej cenionych przez Giedroycia specjalistów od Związku Radzieckiego.Ponieważ obaj byli zgodni, że „należy jak najszybciej usunąć, czy wyjaśnić wszystkie nieporozumienia, zniekształcenia, które tak utrudniają już nie dojście do porozumienia, ale prowadzenie normalnych rozmów i dyskusji między Polakami i Ukraińcami”[6], współpraca rozpoczęła się od artykułu Łewyckiego, poświęconego najnowszej historii polsko-ukraińskiej. Ideę zamówienia tego tekstu podrzucił Giedroyciowi najwybitniejszy bodaj historyk ukraińskiej emigracji Iwan Łysiak-Rudnycki.

Aresztowanie

        W pierwszych latach znajomości Łewyckiego z Giedroyciem miało też miejsce dramatyczne wydarzenie, w wyniku którego jednak ich relacje stały się bardzo bliskie. Oto Łewycki, zdeklarowany lewicowiec, w czasie genewskiej konferencji na szczycie[7] w 1955 roku spotkał się z sowieckimi dyplomatami ze wschodniego Berlina. Miało to prawdopodobnie miejsce w czasie koktajlu, wydanego przez ambasadę PRL, za udział w którym został zresztą ostro zaatakowany przez ukraińską prasę emigracyjną w Stanach Zjednoczonych[8]. W czasie rozmów Sowieci sugerowali, że możliwy jest dialog między Związkiem Radzieckim a ukraińską emigracją. Trudno powiedzieć, czy Łewycki uwierzył w szczerość tych deklaracji, przystał jednak na kolejne spotkania z  radzieckimi funkcjonariuszami. W konsekwencji, 22 października został aresztowany przez Amerykanów pod zarzutem szpiegostwa na rzecz ZSRR. Jak pisał Giedroyciowi Osadczuk, głównym „elementem obciążającym Borysa Łewyckiego jest to, że znaleziono przy nim listę działaczy emigracyjnych z określeniem ich powiązań z zachodnimi wywiadami”[9]. Bardzo szybko pojawiły się pogłoski, że aresztowanie Łewyckiego było w istocie następstwem wewnętrznych porachunków w łonie emigracji ukraińskiej. Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że ludzie bliscy Łewyckiemu w zarzuty przeciwko niemu nie tylko nie uwierzyli, ale natychmiast rozpoczęli działania mające na celu jego uwolnienie.  Taką postawę przyjął również redaktor „Kultury”.  Jak pisał do Bohdana Osadczuka: „próbuję zainteresować parę pism światowych tą sprawą [aresztowaniem Łewyckiego]. (…) Jeśli Łewycki ma pewną swobodę pracy w więzieniu, bardzo chętnie bym od niego wziął jakiś artykuł. Chciałbym to po prostu potraktować jako demonstrację”[10]. Ostatecznie cały incydent zakończył się dla Łewyckiego szczęśliwie: po kilku miesiącach spędzonych w więzieniu, całkowicie oczyszczony z zarzutów, odzyskał wolność. Zachowana korespondencja świadczy o tym, iż docenił pomoc i wsparcie w tym trudnym dla siebie okresie ze strony redaktora Kultury: „Przepraszam, że dopiero dzisiaj zgłaszam się ze słowami podziękowania za wszystko, co W[ielmożny] Pan Redaktor i koledzy Pańscy zrobili w czasie mojej głupiej i nieszczęśliwej historii. Właściwie dopiero wczoraj dowiedziałem się od kolegi Mietka Zarzyckiego jak wiele mam Panu zawdzięczać”[11].

     Okresem najowocniejszej współpracy między „Kulturą” a Łewyckim  były jednak dopiero lata 60., kiedy stał się on jednym z najchętniej czytywanych autorów pisma. Redaktor doceniał to i namawiał Łewyckiego do intensywniejszej współpracy: „Pana artykuły powszechnie się podobają (...) Bardzo mi więc zależy, by jakoś namówić Pana do częstszego pisania do „Kultury””[12]”.

Sprawa Oberlaendera

       Drugi start Łewyckiego w „Kulturze” związany był z tzw. sprawą Oberlaendera. W 1959 r. ówczesny federalny minister ds. przesiedleńców Theodor Oberlaender został oskarżony o to, że wraz z batalionem „Nachtigall” – w którym był oficerem łącznikowym – jest odpowiedzialny za wymordowanie tysięcy mieszkańców Lwowa w pierwszych tygodniach okupacji niemieckiej, w tym również za mord na polskich profesorach. „Nachtigall” był jednym z dwóch batalionów, utworzonych przez Niemców z ukraińskich nacjonalistów przed atakiem na Związek Radziecki. W wyniku skandalu,  Oberlaender odszedł ze swojego stanowiska. Łewycki poświęcił sprawie Oberlaendera aż trzy teksty w „Kulturze”: Sprawa dr Oberlaendera”Jeszcze o Oberlaenderze” oraz „Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei”. W artykułach tych widoczne są najbardziej charakterystyczne cechy metodologii pracy i sposobu myślenia Łewyckiego. Nade wszystko była to rzetelność badawcza – to on jako jeden z pierwszych na Zachodzie przedstawił opinii publicznej fakty masowych morderstw więźniów dokonane  przez NKWD tuż przed zajęciem Lwowa przez Niemców; a z drugiej strony, choć wręcz alergicznie nie znosił nacjonalistów, przekonywująco dowiódł , iż „Nachtigall” nie brał udziału w masowych mordach dokonanych we Lwowie). Jednocześnie jako pierwszy przedstawił hipotezę, iż w przygotowaniu list  rozstrzelanych profesorów brali udział nacjonaliści ukraińscy: „Niektórzy naoczni świadkowie będący w tym czasie we Lwowie, wzgl[ędnie] przed wybuchem wojny niemiecko – radzieckiej w Krakowie, są zdania, że przy ustalaniu list polskich intelektualistów pomagali hitlerowcom Ukraińcy z kół nacjonalistycznych, którym chodziło o depolonizację Lwowa. Relacja ta na pewno nie daleka jest prawdy”. W tekstach tych widać też paniczny wręcz lęk przed tym, by zbrodnie sowieckie nie były swego rodzaju alibi dla nazistów.

Sprawa gen. Szandruka

        Bezkompromisowy stosunek Łewyckiego do proniemieckiego zaangażowania części Ukraińców w czasie II wojny światowej doprowadził nieomal do zerwania stosunków między nim a redaktorem „Kultury”. Oto w 1965 roku gen. Władysław Anders przyznał najwyższe polskie odznaczenie bojowe Virtuti Militari  gen. Pawłowi Szandrukowi. Ten ukraiński wojskowy w II RP jako oficer kontraktowy dosłużył się rangi pułkownika Wojska Polskiego, a we wrześniu 1939 roku uratował podległą sobie 29. brygadę piechoty, wyprowadzając ją z niemieckiego okrążenia w rejonie Zamościa i Hrubieszowa. Kiedy wieść o odznaczeniu stała się faktem publicznym, gen. Szandruk został brutalnie zaatakowany przez część prasy emigracyjnej i prasę krajową[13]. Szandrukowi wytykano, iż pod koniec wojny stanął na czele Ukraińskiej Armii Narodowej (UNA), w skład której wchodziły również przeformowane jednostki SS Galizien[14], oskarżane o zbrodnie wojenne. W tej sytuacji Giedroyc postanowił dać Szandrukowi możliwość przedstawienia swojej wersji historii UNA i wydrukował w „Kulturze” fragment wspomnień generała, wcześniej bez powodzenia próbując nakłonić zaprzyjaźnionych historyków ukraińskich do napisania tekstu na ten temat. Już wówczas, na etapie konsultacji, Łeywcki przedstawił swoje zdecydowanie negatywne stanowisko wobec politycznych wyborów środowiska, reprezentowanego przez byłego generała: „Moim zdaniem sprawą Szandruka nie warto się interesować. To wszystko jest niejasne i pokręcone, że lepiej nie prowokować historii, które koniec końcem mogłyby być dla „Kultury” niekorzystne. Ukraińska emigracja jest sama sobie winna, że nie zdobyła się na  s o l i d n ą  krytykę tego wszystkiego, co stało się w czasie wojny na odcinku niemiecko-ukraińskim. Każdy kto odważy się przekroczyć albo zaczepić to tabu zostaje ”rozbity” zadziwiającą solidarnością naszej emigracji, solidarnością nota bene, na którą nie możemy się zdobyć w sprawach elementarnych, a może nawet decydujących dla naszej egzystencji”[15]. Nic więc dziwnego, że po publikacji wspomnień w „Kulturze” na jej redaktora posypały się gromy: „Moim zdaniem było fatalną pomyłką zamieszczać wspomnienia Szandruka. To nie są wspomnienia, a tylko próba usprawiedliwienia ohydnej i nikomu niepotrzebnej kolaboracji z nazistami. Próba prymitywna, pełna kłamstw i przekręceń” – przekonywał Łewycki[16]. W odpowiedzi Giedroyc starał się spokojnie przedstawić swoje racje: „Generał Szandruk był polskim oficerem kontraktowym, został odznaczony polskim orderem wojskowym i z chwilą, gdy został zaatakowany przez Warszawę i prasę emigracyjną inspirowaną UB (...) uważałem za obowiązek dać mu możliwość wyjaśnienia. Nie zważając, czy tego rodzaju postępowanie jest popularne czy nie. W pewnych sprawach wytworzył się rodzaj terroru opinii i bynajmniej nie mam zamiaru się temu podporządkować, tym bardziej, że terror opinii służy praktycznie tylko jednej stronie”[17]. Jeżeli Redaktor miał nadzieję, że to wyjaśnienie zakończy sprawę, to wkrótce miał się przekonać, jak bardzo się mylił. Jesienią 1965 Łewycki znów do niej wrócił: „Nie mam najmniejszego prawa sugerować Panu moje stanowisko do spraw czysto redakcyjnych, ale dlatego, że chodzi tutaj o moją współpracę z „Kulturą”, współpracę, z której byłem dumny, gdyż miałem możność być czytanym prawie, że regularnie w naszym kraju, chciałem jeszcze raz powiedzieć, że zamieszczenie głupkowatych i nieprawdziwych kolaboranckich medytacji pana Szandruka było fatalnym policzkiem dla jednej z politycznych linii „Kultury”. Żadnego tabu Pan nie łamał, bo haniebne zachowanie się części ukraińskiej inteligencji w czasie okupacji jest prawdziwym tabu (...). Artykuł pana Szandruka w ogóle nie miał nic wspólnego z jakimś tabu. Albo to wszystko jest małoznacznym w porównaniu z faktem, że moim zdaniem, po prostu nie można w postępowym czasopiśmie obok materiałów pisanych w naszych krajach i szmuglowanych na zachód itd. itd. umieszczać takie artykuły jak szandrukowskie. (...) Gdyby Pan uważał za potrzebną moją współpracę w „Kulturze”, to warunkiem byłoby umieszczenie mego listu do redakcji w związku z artykułem Szandruka, ale z góry muszę zaznaczyć, że taki list byłby dla rozmaitych kół bardzo nieprzyjemnym dokumentem. Ale niezależnie od tego będę cieszyć się, jeśli nasze stosunki, że tak powiem osobiste, nie będą przerwane, przecież tylko mały procent Pańskich dobrych znajomych pisze dla „Kultury”[18]. Groźba zerwania współpracy z „Kulturą” ze strony tak cenionego autora musiała być dla Redaktora niespodzianką bardzo przykrą. Nic więc dziwnego, że po raz kolejny, tym razem bardzo obszernie, starał się wyjaśnić swoją strategię: „Bardzo się boję, że w sprawie gen. Szandruka istnieje ze strony Pana jakieś nieporozumienie. Nie próbowałem wybielać czy tłumaczyć działalności gen. Szandruka, bo to nie jest zadaniem pisma polskiego. Gen. Szandruk był polskim oficerem kontraktowym, z dobra kartą, z bardzo również dobrą kartą z kampanii wrześniowej 1939. Za tę kampanię został odznaczony Virtuti Militari. Odznaczenie to spowodowało niesłychaną kampanię prasy komunistycznej i sowieckiej. Uważałem więc za potrzebne i właśnie demokratyczne, by sprawę przedstawić obiektywnie, jeśli idzie o powody odznaczenia i dać możliwość Szandrukowi przedstawienia swego stanowiska. (...) Mam głębokie  przekonanie, że moje postępowanie jest słuszne i uczciwe i byłoby dla mnie bardzo ciężkie, gdyby mimo tych wyjaśnień uważał Pan za niemożliwe współpracowanie nadal z „Kulturą”. Wyjaśnienia te Łewyckiego nie przekonały. Do całkowitego zerwania stosunków nie doszło, jednak na prawie pięć lat Łewycki zamroził swoją współpracę z miesięcznikiem. W okresie tym wyszyły wprawdzie w Instytucie Literackim dwie książki Łewyckiego, a na łamach miesięcznika ukazał się jeden artykuł ("Polityka narodowościowa ZSRR"), lecz realizacja tych projektów rozpoczęła się przed sprawą Szandruka. W korespondencji z Redaktorem kilkakrotnie jeszcze Łewycki wracał do sprawy, niezmiennie krytykując decyzję Giedroycia: „...jeszcze raz muszę podkreślić, że ubolewam głęboko, że Pan i redakcja „Kultury” nie odczuwa tego, że zamieszczenie artykułu Szandruka (artykuł głupi i wierutne kłamstwo) w czasopiśmie, w którym jeszcze niedawno wydawały się dzieła Siniawskiego i Daniela to było wielką pomyłką. (...) Strasznie przykro! (...) Dla mnie osobiście najważniejszym w tej całej historii jest znaleźć taką formę, ażeby przed czytelnikami w naszych krajach jakoś odgrodzić się od tej fatalnej pomyłki”[19]. W tym samym liście Łewycki zaproponował rzecz dla Giedroycia absolutnie nie do przyjęcia, tzn. stworzenie grupy konsultacyjnej, która opiniowałaby materiały dotyczące problematyki ukraińskiej przeznaczone do publikacji na łamach „Kultury”. Do grupy tej według Łewyckiego, obok niego mieliby wejść: Bohdan Osadczuk, Iwan Koszeliwec, Stachiw (prawdopodobnie chodziło o Wołodymyra). Reakcja Giedroycia była pryncypialna: „Co do Szandruka, to nic nie mogę dodać więcej do tego, co Panu pisałem poprzednio. Nie dlatego siedzę na emigracji i walczę z komunizmem i jego metodami, by samemu uprawiać ich metody. Nie wchodzę w meritum sprawy, bo jej nie znam i nie jestem kompetentny do jej oceniania. Gen. Szandruk był polskim oficerem kontraktowym, dostał najwyższe odznaczenie wojskowe, został zaatakowany i uważałem za uczciwe i zrozumiałe, że dałem mu możność obronienia się. (...) Może mylnie, ale to jest dla mnie demokracja”[20]. Dyskusję, w tonie mocno obrażonym, zakończył Łewycki: „Ubolewam naprawdę, że Pan nie zrozumiał mego stanowiska w sprawie fatalnego artykułu Szandruka, a przedostatni list Pana, niestety napisany [był] prawdopodobnie w stanie poddenerwowania: do tej sprawy nie będę więcej powracać”[21].

        Zasadniczego stanowiska Łewyckiego w sprawie wojennych wyborów części elit ukraińskich nie sposób zrozumieć w oderwaniu od jego spojrzenia na bieżącą sytuację polityczną i przemiany społeczne w Związku Radzieckim  i Polsce. Otóż Łewycki był zdania, że najskuteczniejszy sposób walki z komunizmem to nie propagandowe demonstracje czy filipiki antysowieckie (które zarzucał większości emigracji wschodnioeuropejskich, w szczególności części emigracji ukraińskiej, która jego zdaniem apoteozowała też  błędne i szkodliwe z punktu widzenia ukraińskiego interesu narodowego decyzje polityczne z okresu II wojny światowej. Głosił potrzebę maksymalnie rzeczowej i pozbawionej emocji analizy sytuacji w Związku Sowieckim (i krajach satelickich), stymulowania ruchu rewizjonistycznego w bloku komunistycznym oraz szukania dla wschodnioeuropejskich rewizjonistów wsparcia na Zachodzie: „Nie wiem, czy Pan śledzi za opozycją włoskich prokomunistycznych intelektualistów przeciw Nikicie. To jest rzecz po prostu fantastyczna: nie chodzi o jakąś głupią nową antysowiecką publikację, bo mam wrażenie, że nam powinno zależeć na czymś ważniejszym – p o d t r z y m a ć  młodą generację sowieckich pisarzy, pokazać im, że po ich stronie są nie Zachód, w sensie systemu naszego i naszej demokracji, ale też  z a c h o d n i  k o m u n i ś c i”[22]. Tym trzem założeniom były podporządkowane sowietologiczne teksty Łewyckiego publikowane na łamach „Kultury”. Przekonanie o wyjątkowej wadze rewizjonizmu sprawiało, iż Łewycki chętnie spotykał się i uważnie słuchał gości zza żelaznej kurtyny (np. już pod koniec lat 50. nawiązał bliskie kontakty z partyjnym outsiderem M. F. Rakowskim, którego opinię bardzo zresztą cenił). W pewnych sytuacjach odgrywał też rolę pośrednika między nimi a redaktorem „Kultury”. W 1964 roku Łewycki pisał na przykład do Redaktora: „Przed paru dniami był tutaj  b a r d z o  ciekawy młody facet z Warszawy, syn byłego wyznacznego (sic!) działacza KPZU, stały czytelnik „Kultury”. Namówiłem go, ażeby spotkał się z Panem, on bał się, że przez niedyskrecję dowie się ktoś z kół „syszczyków” (donosicieli – przyp. aut.). Więc b a r d z o  p r o s z ę  Pana, urządzić z nim spotkanie w sposób bardzo dyskretny. (...) Młody gość z Warszawy opowie Panu dużo, czego życzy sobie młoda postępowa generacja od „Kultury”. On nazywa się Adam Michnik i zadzwoni do Pana na dniach. Proszę jeszcze raz o dyskrecję”[23]. Miesiąc później Giedroyć informował Łewyckiego: „Młody człowiek był u mnie. Robi świetne wrażenie. Dawno nie widziałem tak ciekawego chłopca. Martwi mnie tylko jego niesłychana nieostrożność. Bardzo konspiracyjnie ze mną się spotkał, a potem publicznie w tutejszych polskich księgarniach opowiadał wszystko, co wiedział ludziom zupełnie sobie nieznajomym. Mam nadzieję, że nie miał po powrocie przykrości. Paryż bowiem jest w tej chwili straszliwie zaszpiclowany przez UB”[24].

Między autorem a wydawcą

        Łewycki był bardzo płodnym autorem. Bibliografia jego prac to kilkadziesiąt książek o tematyce sowietologicznej, informatory w konwencji „who is who” dotyczące krajów demokracji ludowej i  ZSRR[25], setki artykułów w prasie niemieckiej i światowej (pod pseudonimem Paul Sikora). Szczególne miejsce w jego zainteresowaniach badawczych zajmowało kształtowanie się systemu stalinowskiego oraz kwestia narodowa w ZSRR. Również współpraca z Instytutem Literackim ogniskowała się wokół tych problemów.

        Pierwsza wzmianka o gotowości do wydania po polsku pracy  Łewyckiego pt. „Terror i rewolucja” pojawia się w liście Giedroycia z 6 lutego 1963 r. Była to poprawiona i rozszerzona wersja jego pierwszej książki „Vom roten Terror zur sozialistischen Gesetzlichkeit” (Monachium 1961 r.). Tematem pracy były sowieckie organy bezpieczeństwa od CzeKa do KGB, szczególnie zaś ich rola w pierwszych dziesięcioleciach państwa radzieckiego. Sowiecka tajna policja po krótkim okresie pełnienia roli „usługowej” wobec KPZR, wyemancypowała się od partyjnej podległości, a jej jedynym suwerenem stał się sam Stalin. Ten okres w rozwoju  sowieckich organów bezpieczeństwa, charakteryzujący się bezprecedensowym terrorem wobec własnego społeczeństwa, związany jest z nazwiskami Gienricha Jagody, Nikołaja Jeżowa i Ławrentija Berii. Dopiero aresztowanie i rozstrzelanie w 1953 r. Berii było równoznaczne z podporządkowaniem organów bezpieczeństwa aparatowi partyjnemu, które przetrwało do końca istnienia sowieckiego imperium. Ten aspekt historii organów bezpieczeństwa został wyakcentowany w niemieckim tytule pracy Łewyckiego: od czerwonego terroru do socjalistycznej praworządności.

        Po prawie roku, w styczniu 1964, Redaktor powrócił do sprawy: „Otóż sprawa wydania jest dla mnie całkowicie aktualna i im prędzej dostanę tekst, tem lepiej (...). Proszę pamiętać przy przerabianiu książki, że będzie ona przeznaczona w pierwszym rzędzie dla czytelnika krajowego oraz rosyjskiego w Związku Sowieckim, a więc idzie o to, by położyć nacisk na problemy, których ten czytelnik nie zna w ogóle lub słabo”[26]. Już wtedy zapadła decyzja o polskim wydaniu książki, jednak ze względu na daleko idące przeróbki, bez których Łewycki nie zgadzał się na polskie wydanie, książka ujrzała światło dziennie dopiero w 1965 r. Również przy polskim wydaniu tej pracy towarzyszył Łewyckiemu jego stały niepokój: „Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby Pan przejął słowo wstępne do niemieckiego wydania. Dla mnie to jest ważne, bo w tym wstępie wyraźnie zaznaczyłem, że moja praca o sowieckim terrorze nie może być swego rodzaju alibi dla nazistów. Dlatego, że Pańskie wydanie będzie czytane w Polsce, zależy mi bardzo na powtórzeniu tego słowa wstępnego”[27]. „Terror i rewolucja” ukazał się ostatecznie już w czasie ochłodzenia stosunków między redaktorem „Kultury” a jego monachijskim współpracownikiem. Być może temu przede wszystkim należy przypisać niezadowolenie Łewyckiego z ostatecznej formy, jaką książka przybrała w języku polskim: „Bardzo mi przykro, że Pan bez porozumienia ze mną wyrzucił zakończenie książki. Przy odpowiednim nastawieniu można byłoby wspólnie postarać się, ażeby książka miała jakieś ludzkie zakończenie, a tak wygląda koniec jak „urwał się i uciekł”. Ale to jeszcze pół biedy. Prosiłem Pana, ażeby była umieszczona dedykacja. W jednym z ostatnich listów Pan obiecał mi ją zamieścić. Przecież poświęciłem tę pracę nie psu czy kotu, ale moim rodzicom i moim braciom zniszczonym przez stalinowców. Z żalem muszę stwierdzić, że takiego braku poszanowania mojej osoby z pańskiej strony nie spodziewałem się”[28].

    Inaczej wyglądały losy „Polityki narodowościowej Z.S.S.R. w dobie Chruszczowa”, która ukazała się w Instytucie Literackim rok po „Terrorze i rewolucji”. Książka ta powstała na zamówienie Jerzego Giedroycia (pierwszy raz tego typu propozycję przedstawił Giedroyc Łewyckiemu w 1962 r.), a prace nad nią przebiegały bez większych napięć pomiędzy Redaktorem a ukraińskim sowietologiem, choć jej przygotowanie zabrało znacznie więcej czasu niż to sobie obaj wyobrażali. Opóźnienia wynikały częściowo z faktu, że posłowie do tej pracy przygotowywał Wsewołod Hołubnyczy, z którym kontakt korespondencyjny był o tyle utrudniony, że mieszkał on w USA.

        Do odnowienia systematycznej współpracy Łewyckiego z „Kulturą” doszło na początku 1970 r. z inicjatywy Łewyckiego[29]. Giedroyc usiłował namówić go, by w sposób systematyczny przygotowywał dla „Kultury” „Kronikę ukraińską”: „...chciałbym położyć nacisk na sytuację na Ukrainie. Jakiś przegląd wydarzeń mniej więcej co dwa miesiące. Czy po zapowiedzianym przez Pana  artykule mógłbym liczyć, że zechciałby Pan to robić systematycznie dla nas? Byłoby to dla nas – mam wrażenie – bardzo ważne”[30]. Łewycki niezmiennie deklarował zainteresowanie tego rodzaju współpracą[31], jednak ostatecznie nie był w stanie wywiązać się ze składanych obietnic. Próbował za to, bez powodzenia, zainteresować redaktora „Kultury” wydaniem po polsku następnych swoich książek[32].  Pomimo postępującej choroby Łewycki ciągle zgłaszał Redaktorowi nowe pomysły, których jednakże nie było mu dane zrealizować Zmarł w Monachium 28 października 1984 r. Na łamach „Kultury” pożegnał go  jego wieloletni przyjaciel, Bohdan Osadczuk.

       Relacje między Łewyckim a Giedroyciem nie były pozbawione napięć a nawet konfliktów. Jego przekonanie o własnej rzetelności, wadze tego, co ma do przekazania i pedantyczność sprawiały, że praktycznie o każde zdanie w kolejnych artykułach gotów był staczać z redaktorem „Kultury” iście homeryckie boje. Był cennym i może właśnie dlatego bardzo kapryśnym autorem pisma. Nie zmienia to faktu, iż Giedroyc niezmiennie wysoko cenił jego kompetencję i wiedzę. Nawet polityczni przeciwnicy „Kultury” nie kwestionują jego wyjątkowej roli dla współczesnych stosunków polsko-ukraińskich. Niemała w tym zasługa również Borysa Łewyckiego.

Inna wersja tego artykułu stanowiła wstęp do książki B. Łewyckiego „Terror i rewolucja” (LTW, Warszawa 2004).
 


[1] Encyklopedija Ukrajinoznastwa t. 4 Wydawnyctwo ‘Mołode Żyttja’ 1962, perewydannja w Ukrajini, Lwiw 1994.

[2] Kultura nr 6/1952. Inną jeszcze datę – 1938 rok - objęcia stanowiska redaktora naczelnego pisma Łewycki podał w następnej notatce biograficznej przygotowanej dla Giedroycia w połowie lat 60. (kopia w posiadaniu autorki).

[3] W przywoływanym wyżej biogramie znajduje się najzupełniej błędna informacja, iż Łewycki wstąpił do Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w 1942 r.

[4] Rozmowa autorki z B. Osadczukiem z 22 lipca 2003 r.

[5] Bohdan Osadczuk, Ukraina, Polska, świat. Wybór reportaży i artykułów. Wstępem i przedmową opatrzył Andrzej Stanisław Kowalczyk. Wstęp Jerzy Giedroyc, Czesław Miłosz, Sejny 2000. Dokładniej rzecz biorąc w Instytutcie Literackim wyszło nie kilka, lecz dwie ksiązki Łewyckiego: „Terror i rewolucja” w 1965 i „Polityka narodowościowa Z.S.S.R w dobie Chruszczowa” w 1966.

[6] List Jerzego Giedroycia do Borysa Łewyckiego z 18 lutego 1952.

[7] Konferencja odbyła się w dniach 17-23 lipca 1955 i wzięli w niej udział prezydent USA D. Eisenhower, premierzy: ZSRR N. Bułagnin, Wielkiej Brytanii A. R. Eden oraz Francji Edgar Faure. W konferencji wziął także udział Nikita Chruszczow świeżo wybrany na sekretarza generalnego KPZR.

[8] List Bohdana Osadczuka do Jerzego Giedroycia z dn. 3 października 1955.

[9] List Bohdana Osadczuka do Jerzego Giedroycia z 7 lutego 1956.

[10] List Jerzego Giedroycia do Bohdana Osadczuka z 13 lutego 1956.

[11] List Borysa Łewyckiego do Jerzego Giedroycia z 22 czerwca 1956.

[12] List Jerzego Giedroycia do Borysa Łewyckiego z 20 marca 1963.

[13] Patrz m.in.:S. N., Virtuti Militari dla generała SS, WTK. Tygodnik Katolików, 25.10.1964; Stanisław Jóźwiak, Kto nadał Paulowi Schandrukowi, dowódcy dywizji SS Galizien polski order Virtuti Militari, Narodowiec 17.11.1964; Stefan Mereżka, „Virtuti Militari” na piersiach dowódcy SS-Galizien, Nasz Znak (Malmo), nr 4/1964; Jacek Wilczur, Virtuti dla SS-mana, Prawo i życie 31.01.1965; Jacek Wilczur, W cieniu prywatnej kapituły, itd., 7.02.1965; Kto dekorował Pawła Szandruka?, Narodowiec 11.02.1965; Kto nadał Paulowi Schandrukowi dowódcy „SS Galizien” polski order Virtuti Militari?, Narodowiec 17.04.1965; Joanna Kruczyńska, Maria Szuszkiewiczowa, Krzyż za zbrodnie (Jeszcze o aferze gen. Szandruka), Nasz Znak (Malmo), nr 1-2/1965; K.L., Dalsze echa udekorowania hitlerowskiego generała krzyżem Virtuti Militari, Oblicze Tygodnia nr 314 (364).

[14] SS Galizien została utworzona w kwietniu 1943 r. z ukraińskich ochotników.

[15] List Borysa Łewyckiego do Jerzego Giedroycia z 30 listopada 1964.

[16] List Borysa Łewyckiego do Jerzego Giedroycia z 30 czerwca 1965.

[17] List Jerzego Giedroycia do Borysa Łewyckiego z 6 lipca 1965.

[18] List Borysa Łewyckiego do Jerzego Giedroycia  [XI – XII] 1965.

[19] List Borysa Łewyckiego do Jerzego Giedroycia z 7 marca 1966.

[20] List Jerzego Giedroycia do Borysa Łewyckiego z 13 marca 1966.

[21] List Borysa Łewyckiego do Jerzego Giedroycia z 4 kwietnia 1966.

[22] List Borysa Łewyckiego do Jerzego Giedroycia z 7 kwietnia 1963.

[23] List Borysa Łewyckiego do Jerzego Giedroycia z 24 września 1964.

[24] List Jerzego Giedroycia do Borysa Łewyckiego z 31 października 1964.

[25] Borys Lewytzkyj, “Who’s who in the Socialist countries: a biographical encyclopedia of 10.000 leading person”, New York 1978  oraz: Borys Lewytzkyj, “Who’s who in the Soviet Union: a biographical encyclopedia of 5.000 leading personalities”, Munchen-New York 1984; oraz przygotowany wspólnie z Juliuszem Stroynowskim i wydany już po śmierci Łewyckiego informator “Who’s who in the socialist countries of Europe: a biographical encyclopedia of more than 12.600 leading personalities in Albania, Bułgaria, Czechoslovakia, German Democratic Republic, Hungary, Poland, Romania, Yugoslavia”, Munchen 1989. Imponujące rozmachem i rzetelnością, prace te były wynikiem iście mrówczej pracy ich autora – a pamiętać przy tym trzeba, iż przygotowując swoje informatory Łewycki był w większości wypadków zdany na źródła zza żelaznej kurtyny, najczęściej niepełne i odpowiednio „podretuszowane”.

[26] Por. list Jerzego Giedroycia do Borysa Łewyckiego z 5 stycznia 1964.

[27] List Borysa Łewyckiego do Jerzego Giedroycia z 24 listopada 1964.

[28] List Borysa Łewyckiego do Jerzego Giedroycia z 30 czerwca 1965. W odpowiedzi Giedroyc za brak dedykacji Łewyckiego gorąco przepraszał, natomiast odrzucił zarzut o samowolne zrezygnowanie z zakończenia. (List Jerzego Giedroycia do Borysa Łewyckiego z 6 lipca 1965.).

[29] List Borysa Łewyckiego do Jerzego Giedroycia z 10 marca 1970.

[30] List Jerzego Giedroycia do Borysa Łewyckiego z  16 czerwca 1972.

[31] Patrz: listy Borysa Łewyckiego  do Jerzego Giedroycia z  27 sierpnia 1972; kwietnia 1973; 15 maja 1977; 12 stycznia 1981.

[32] Chodziło o prace: Borys Lewytzkyj, Die Kommunistische Partei der Sowjetunion. Portrat eines Ordens, Stuttgart 1967; Borys Lewytzkyj, Politische Opposition in der Sowjetunion 1960 – 1972: Analyse und Dokumentation, Munchen 1972; Borys Lewytzkyj, Politics and society in Soviet Ukraine 1953 – 1980, Edmonton 1984.

К НАЧАЛУ »