Kazimierz Dendura. Fot. z archwium rodzinnego. / Sygn. sm00604
© INSTYTUT LITERACKI

KAZIMIERZ DENDURA

Biografia


WSPÓŁPRACOWNIK
ur. 1 października 1939 r. w Rozpuciu


Marynarz. Starszy mechanik na statkach różnych bander, doktor habilitowany z organizacji i zarzadzania Uniwersytetu Gdańskiego, emerytowany profesor Akademii Morskiej w Gdyni. Autor felietonów, relacji i opowiadań.

*** 
Relacja z przemytu „Kultury” do kraju w jednym z rejsów 

Jesień 1969 roku. Mustruję na statek „Kraków”. Okrętuje też znajomy steward – byliśmy razem już na poprzednich dwu statkach. 
Słyszałem wielekroć o pożarach silnika głównego na statkach tej serii: zapalają się przelotnie – komory powietrza pod cylindrami. Ale chętnie tutaj mustruję. Od lat staram się okrętować na statki zawijające do Francji. Wszak mam ważniejsze sprawy na głowie niż pożar na statku! 
Po wypłynięciu z kraju parę razy zaznaczam w rozmowie ze Starszym mechanikiem, że będę potrzebował w portach wyjść po biznes na Afrykę. Słyszą to każdorazowo dejmani, którzy są akurat na porannej odprawie w Centrali Manewrowo-Kontrolnej statku. Niebawem więc cała załoga wie, że ten nowy drugi mechanik to swój człowiek. Też będzie potrzebował schowków na porty afrykańskie, a potem – na kraj. Budzę zaufanie i szacunek. Kombinuję jak wszyscy, nie marnuję szans jakie „stwarza socjalizm” dla marynarzy. Wkrótce też motorzysta jadący ze mną na wachcie wprowadza w niektóre tajniki statku i gdzie są dziuple na biznes naszej wachty. 
Początek rejsu i przeloty pomiędzy Hamburgiem, Rotterdamem i Antwerpią przebiegają spokojnie, bez pożarów w silniku. W Dunkierce wychodzę rano ze statku z torbami po biznes, podobnie jak w poprzednich portach. Jadę jednak pociągiem aż do Paryża, a potem do Maisons Laffitte – jest tutaj Instytut Literacki. Po miłym, prawie rodzinnym obiedzie zabieram zakazaną literaturę i wracam na statek. 
Udaję, że nie zauważam jak ktoś z aparatem fotograficznym czekał na ulicy i idzie za mną. Potem w kolejce kątem oka widzę, że robi mi zdjęcia. W Paryżu szybko wsiadam do taksówki i gubię ogon. W pociągu z Paryża zdejmuję okulary, zmieniam czapkę i kurtkę, zaś w Dunkierce wskakuję do taksówki zatrzymanej na ulicy i niebawem jestem na statku. Trapowy z zaciekawieniem i sympatią mnie pozdrawia. Pewnie myśli: dopiero zamustrował, a w każdym porcie hiwuje torby pełne towaru; jest dobry, ostro inwestuje!
W gazetce radiowej czytamy przez kilka dni, że Gomułka wścieka się na jakichś taterników – w górach złapano grupę młodzieży. Przemycali poprzez Czechosłowację tak zwaną wrogą literaturę, wydawaną przez Instytut Literacki w Maisons Laffitte w Paryżu. A także „przekazywali wrogim ośrodkom informacje szkalujące PRL”. 
Debatują więc wszyscy: co to może być za biznes? Ochmistrz, z wieloletnim doświadczeniem oficera kulturalno–oświatowego ostrzega,  że na tym interesie bardzo źle się wychodzi. Można zarobić – ale kilka lat w Sztumie albo Wronkach. Kapitan i sekretarz partii (bosman) też są zdania, że na kraj lepiej trzymać się ortalionu i krempliny. Także  koszule nylonowe i bukle są bliższe ciału; można bez ryzyka  wynosić w kraju od razu po kilka sztuk grzbietówek. Zakazaną literaturę zaś nie wiadomo kto bierze i ile za to daje. Ktoś nawet martwi się drwiąco: skąd będziemy wozić biznes, jak kapitalizm niebawem upadnie? Ale sekretarz uspokaja: jeszcze nie tak prędko… .
Dalszy rejs na Afrykę i z powrotem do Europy przebiega rutynowo; tylko kilka razy musieliśmy stopować i gasić pożar w silniku. Cały czas obserwuję spokojnie, że ktoś grzebie w szufladach biurka i pod koją. Może to znajomy steward: nie tylko sprząta kabinę ale i dalej „czuwa” nade mną, jak na poprzednich statkach? Od czasu do czasu częstuję go kielichem na pogaduszkach w kabinie i widzę, że ma rozbiegane oczy. Ale lubi być „nausznym świadkiem”, gdy rozmawiam z załogantami w messie… . 
Jednak w szufladach są tylko zabrane z kraju książki, także te krytykujące zachodnie teorie sowietologiczne. Przygotowuję się do egzaminów z ekonomii - ma to być szczepionka uodporniająca na wrogą propagandę.  
To symultaniczne studiowanie podstaw „ekonomii socjalistycznej” i „krytyki” jej krytyki przez sowietologów pozwala jednak na zadawanie sobie pytań i szukanie odpowiedzi. Także publikacje „Kultury” dają jeszcze pełniejszy obraz poglądów na ten projekt „świetlanej przyszłości”.
Szczepionka więc odnosiła u mnie odwrotny skutek. Jednoczesna zaś lektura publikacji „Kultury” pozwalała jeszcze lepiej zrozumieć, co to jest zło strukturalne, wykorzystujące zafałszowaną prawdę – zakutą w dyby gazety „Prawda”.
Po trzech miesiącach tych lektur – szczepionek i publikacji „Kultury” – przed samym krajem, już po wzięciu pilota Starszy mechanik zawiadamia przez rozgłośnię kapitana: musimy stanąć dosłownie na kilka minut – trzeba zajrzeć do silnika, bo znowu jakby coś się w nim tliło i mogą być kłopoty na manewrach. Niebawem stopujemy. Razem z motorzystą błyskawicznie otwieramy klapy na przelotniach. Ładujemy biznes swój i inżyniera – każdego do innej komory. Po paru minutach silnik rusza i statek wolno wchodzi do portu. 
Tutaj jednak na kei czeka już drużyna celników w kombinezonach – czarna brygada. Celnicy wiedzą, że statek miał Antwerpię i Hamburg w drodze powrotnej z Afryki, gdzie załoga zrobiła dużą forsę. Więc teraz statek jest nadziany kontrabandą z Europy Zachodniej na kraj. Niektórzy celnicy jednak już wiedzą, że załoga zna się na rzeczy: nie zakończą rewizji statku z pustymi rękami… .
Czarna według sobie tylko znanego planu przez kilka godzin nicuje statek. Dla pozoru zawzięcie penetruje różne zakamarki. Szczególnie ostrożnie bada tunel w dnie podwójnym statku od siłowni do dziobu – wszak pół roku temu w Szczecinie  na podobnym statku zginął ich kolega w tajemniczych okolicznościach i dalej trwa przesłuchiwanie tamtej  załogi.
Ale niczego istotnego celnicy nie znaleźli po wielogodzinnej rewizji, nie licząc paru przygotowanych dla nich drobiazgów, potrzebnych dla wypełnienia raportu z kontroli. Ochmistrz z sekretarzem bowiem pod koniec rejsu zrobili zbiórkę ustalonych działek w dolarach na dolę, aby czarna nie schodziła ze statku z pustymi rękami… . Może dlatego wielu funkcjonariuszy operacyjnych miało nie tylko dom już po kilku latach służby dla „socjalistycznej ojczyzny”? I byli „dzielni” – dzielili się też z kim trzeba… . 
Biznes załogi powoli znika ze statku. Także mój biznes stopniowo omija różnych strażników – zadowolonych z nylonowych koszul. Trafia w końcu tam, gdzie był przeznaczony – do jednej z uczelni. Dopiero w latach osiemdziesiątych Specjalista z organów rozpoznał mnie w albumie zdjęć. Byłem jednak już po habilitacji i tylko rektor o ksywie De-kwadrat uratował mnie, ale też  poradził, abym cicho siedział do emerytury na bocznicy uczelnianych awansów; potrzebny bowiem byłem do „minimum kadrowego” wyższej uczelni.
Ale nie utrzymywałem kontaktów z lokalnym „płytkim podziemiem”, naszpikowanym przecież „opiekunami”. Miałem jednak podgląd w „układach”, gdzie niektórzy wręcz łaknęli lektury „Doktora Żywago” B. Pasternaka, „Oddziału chorych na raka” A. Sołżenicyna (alegoria państwa totalitarnego), „Widziane z góry” S. Kisielewskiego i wielu innych publikacji z moich zasobów. Jednak pilnowałem się, aby nie dać się złapać na jakiegoś „haka”… .
I dlatego chociaż ten przemyt publikacji „Kultury” był ponad pół wieku temu – ani myślę zdradzać nazwy portu i uczelni. Jak bowiem mawiał minister policji Fouche do Napoleona: ustroje i rządy się zmieniają, ale Specjaliści dalej pozostają. Wybitni zaś Specjaliści mają bowiem nawet dalej dossier w różnych zbiorach, także tych „zastrzeżonych”… . 
Co dziś można powiedzieć o publikacjach „Kultury” szmuglowanych wtedy do kraju? Niedawno, po kilkudziesięciu latach „transformacji” A. A. Reisch – pisząc „Nieznany front zimnej wojny. Tajny program dystrybucji książek za żelazną kurtyną” – w 2015 roku docenił rolę „Kultury” i słowa jako medium idei wolności i godności człowieka, a także jako  medium realnego, prawdziwego obrazu rzeczywistości – prawdy. Do dziś „Kultura” wręcz nawołuje: nie lękajcie się prawdy!

Publikujemy zgodnie z wolą Autora.